Erich Fromm - Anatomia ludzkiej destrukcyjności

Książka ta jest obszernym studium zjawiska, które określa się krótkim terminem "zło". Zamierzona została jako wypowiedż polemiczna wobec behawioryzmu i instynktywizmu, a jednocześnie jako rewizjonistyczne rozwinięcie poglądów Freuda z okresu , gdy wprowadził pojęcie popędu śmierci.Fromm du śmierci.Fromm zmierza do kulturowego ujęcia tematu od strony typologii charakterologicznej oraz wytłumaczenia sensu agresji.

Akcje bezpośrednie

"Ho Ho Ho! Death to the surveillance state!"


Tak z kamerami radzą sobie Grecy...





Śledczak

Fragmenty filmu dokumentalnego Sylwestra Latkowskiego "Śledczak" (TVP2)







Teoretycznie areszt śledczy to zupełnie co innego niż więzienie. W aresztach przebywają osoby tymczasowo zatrzymane i pozostające do dyspozycji prokuratury lub sądu oraz skazani oczekujący na przewiezienie do właściwego zakładu karnego. Można tam więc znaleźć zarówno ludzi już z wyrokami, którym udowodniono winę, jak i takich, co do których istnieje zaledwie podejrzenie popełnienia przestępstwa, bywa, że zupełnie nieuzasadnione. Zgodnie z przepisami regulującymi działalność polskiego więziennictwa oraz zapisami Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka, w aresztach nie wolno więc (tak zresztą jak i więzieniach) nikogo torturować, traktować w sposób okrutny, nieludzki lub poniżający (art. 5 Deklaracji), każdy człowiek ma prawo do uznawania swojej osobowości prawnej (art. 6), a wreszcie każdy człowiek oskarżony o popełnienie przestępstwa ma prawo do uznawania go za niewinnego dopóty, dopóki nie udowodni mu się winy podczas publicznego procesu, w którym zapewniono mu wszystkie konieczne środki obrony (art. 11). Tyle teoria. Praktyka drastycznie od niej odbiega. Sylwester Latkowski, który specjalizuje się w podejmowaniu tematów trudnych, kontrowersyjnych, drażliwych, postanowił pokazać, jak naprawdę wygląda sytuacja w polskich aresztach. Opierając się na wspomnieniach zachowujących anonimowość aresztantów i wypowiedziach policjantów, którzy również nie ujawniają przed kamerami swoich twarzy, autor filmu tworzy wstrząsający obraz piekła, przez jakie przechodzą aresztanci. Ich wina czy niewinność jest ostatnią rzeczą, na jaką pilnujący (przynajmniej spora ich część) zwracają uwagę. Głównym grzechem polskich aresztów jest łamanie właściwie wszystkich praw osadzonych. Zaczyna się od wydawania decyzji o zastosowaniu aresztu - tu wiele zależy od humoru sędziego. Dalej jest już tylko gorzej: przepełnione cele (na jednego osadzonego powinny przypadać 3 m kw.), nieprzestrzeganie jakichkolwiek norm sanitarnych, ograniczanie widzeń, kuriozalnie działająca więzienna służba zdrowia, tworząca fikcyjne dossier rzekomo badanych i leczonych pacjentów, wreszcie - wszechobecna przemoc. Oprócz "standardowego" znęcania się nad aresztantami, istnieją też sposoby wyrafinowane, kończące się nawet śmiercią osadzonego. To tzw. cele zabezpieczające, zwane potocznie termosami lub dźwiękami - wygłuszone, dźwiękochłonne pomieszczenia, w których nie ma kamer, można więc bezkarnie bić, bez obawy, że świadkowie coś zobaczą lub usłyszą. W takiej celi niesubordynowany aresztant, np. niedoszły samobójca, jest przywiązywany do materaców lub betonowej podłogi skórzanymi rzemieniami, za dnia nie wolno mu usiąść, musi stale chodzić lub stać. Teoretycznie nie powinien przebywać w takim miejscu dłużej niż 24 godziny, ale nie należą do rzadkości i tygodniowe pobyty w termosie. Niektórzy nie wychodzą stamtąd już nigdy.

Przegięcie pały...

15 lat temu rozwiązano Milicję Obywatelską i Służbę Bezpieczeństwa. Nowe służby miały zajmować się wyłącznie walką z przestępczością.

ZBROJNE RAMIĘ KAPITAŁU

Niestety, okazało się, że przestępcami są robotnicy broniący swoich zakładów pracy. Przestępcami są organizatorzy pokojowych demonstracji alterglobalistycznych, wespół z uczestnikami akcji na rzecz budowy ścieżek rowerowych i pikiet antywojennych. To, że przestępcami są również górnicy z biedaszybów, skłotersi, którzy remontują i zasiedlają opuszczone domy oraz rolnicy, którzy ujawniają transporty skażonego zboża - stało się wykładnią przyjętej w Trzeciej Rzeczypospolitej filozofii państwa prawa.

Może w takim razie, przynajmniej sukcesy policji w zapewnianiu obywatelom poczucia bezpieczeństwa stały się rodzajem rekompensaty? Chyba niespecjalnie, ponieważ systematycznie spada liczba zgłaszanych (chociaż popełnianych) przestępstw. Czyżby kryzys

zaufania i niewiara w skuteczność stróżów prawa? Przecież tak dobrze sobie radzą z rozpędzaniem robotników, rolników i niesfornych ekologów! Cóż, kiedy znacznie gorzej idzie im z pozostałymi przestępcami. Ci zaś, stanowczo zbyt często mylą się policjantom z innymi obywatelami. Parę osób poszło już do piachu z powodu omyłkowego użycia służbowej broni. Zbyt wiele jest podatności na oferty korupcyjne od mafii i polityków. Zbyt mało jest natomiast poczucia odpowiedzialności wobec zwykłego człowieka, który prosi o pomoc. Brak dobrej reputacji nadrabia się Wtedy przybieraniem groźnej postawy, wyjmowaniem broni, groźbami i nakazami. Inna sprawa, że pracuje w policji wielu porządnych ludzi, którym tylko bezwład biurokracji i zły system służby, uniemożliwiają sensowną działalność.

Winą za obecny stan rzeczy nie należy więc obarczać wyłącznie samych funkcjonariuszy. To sprawa systemu, nie personaliów.

WIĘCEJ BICIA I STRZELANIA

Wiadomo, jakie są pomysły na reformę policji. Przerażeni mieszkańcy blokowisk wołają "O więcej uprawnień do stosowania siły przez policję. Terror policji ma zostać przeciwstawiony terrorowi szalikowców. Wtórują im politycy spod znaku Prawa i Pięści, którzy wolą nie myśleć o społecznej genezie tych zjawisk. Przemoc może się przenieść z ulic do wnętrz domów, ale i na to ma być sposób. Wizyty dzielnicowego i nagrody pieniężne za doniesienie o przestępstwie. Wszyscy będą zachwyceni. Oczywiście, do czasu aż policja skatuje lokatorów, kiedy zaprotestują przeciw sprzedaży ich osiedla biznesmenowi lub przeciw budowie stacji benzynowej pod ich oknami. W ten sposób powrócimy do punktu wyjścia. Odrodzi się państwo policyjne.

WIĘCEJ PRYWATY

Kolejną propozycją jest prywatyzacja sfery bezpieczeństwa. Skutki takiej polityki są łatwe do przewidzenia. Firmy ochroniarskie już dzisiaj są wynajmowane do bicia strajkujących robotników i trzymania ludzi biednych z daleka od ludzi bogatych zamieszkujących luksusowe osiedla. Krótko mówiąc: bezpieczeństwo zarezerwowane dla VIP-ów.

ALTERNATYWA DLA POLICJI

Pozostaje opcja trzecia. Uznanie, że pomysł powierzenia policji państwowej zadania ochrony ładu i porządku był od samego początku chybiony. Potrzebne są raczej formacje niezależne

od wpływu polityków i samej instytucji państwa. Mniej skłonne do recydywy ZOMO i bardziej zdeterminowane do ścigania kryminalistów. Powinny też stanowić integralną część społeczności, której mają służyć. Proponuję określić je terminami: straż obywatelska i policja lokalna.

SAMI SOBIE

Straż obywatelska może działać na zasadach zbliżonych do dzisiejszej Ochotniczej Straży Pożarnej. Powoływana będzie spośród ochotników zamieszkałych na danej ulicy, osiedlu czy dzielnicy. Może pełnić służbę patrolową lub reagować, kiedy dzieje się coś złego w okolicy. Straż obywatelska sprawdziła się nadzwyczajnie w Powstaniu Warszawskim latem 1944. Działała tam jako Milicja PPS dystansując policję powstańczą. Milicjanci wybierani byli przez mieszkańców kilku najbliższych domów. Prowadzili wywiad kryminalny, strzegli mienia, interweniowali w drobniejszych sprawach i patrolowali okolicę. Ludzie darzyli ich większym zaufaniem niż policjantów. Był to bowiem rodzaj samoobrony mieszkańców.

Straże obywatelskie zaczęto ponownie powoływać w Polsce w latach 2002 - 2004 (na osiedlu Huby we Wrocławiu, w Prochowicach i w Jedlinie Zdroju), lecz od razu ograniczono ich kompetencje do pełnienia funkcji pomocniczych względem policji. Szkoda, iż nie zdecydowano się na odwrócenie tej hierarchii zależności. Obecny podział ról grozi bowiem upodobnieniem tej formacji do niesławnego ORMO.

Po co nam w ogóle samoobrona mieszkańców? Doceni straż obywatelską ten, kto rozumie zaletę wczesnej interwencji. Wielu ciężkich przestępstw można uniknąć przełamując obojętność wobec sąsiadów. Brak reakcji oznacza przyzwolenie na stosowanie przemocy i współudział w wyhodowaniu psychopaty. Nie jest tajemnicą, że w rodzinach izolowanych od reszty społeczności, łatwiej jest dopuszczać się nadużyć wobec dzieci czy współmałżonków.

Z drugiej jednak strony, obciążenie ochotników obowiązkiem codziennej dyspozycyjności było naturalne w czasie wojny, natomiast dzisiaj potrzebna jest dodatkowa formacja.

CHWDP NIE WYSTARCZY

Policję państwową można w pełni zastąpić - również zawodową - lecz w istocie lokalną policją. Norweski kryminolog Thomas Mathiesen ostrzega jednak przed zwykłym dodawaniem policji lokalnej do jej państwowego odpowiednika. Policjant zakotwiczony na zewnątrz społeczności nie będzie wrażliwy na jej problemy. W ten sposób akcja „bliżej obywatela” przeistoczyć się może w system szpiegostwa, czyniąc społeczeństwo podobnym do nowej edycji big brothera. Policja lokalna musi zatem odpowiadać trzem podstawowym kryteriom.

Po pierwsze, przestaje istnieć zależność służbowa pomiędzy policją miejscową a policją państwową. Postulowana formacja posiada strukturę poziomą, swego rodzaju sieć współpracy równorzędnych jednostek. Brak nadrzędnej komendy. W razie większych problemów powoływany jest wspólny sztab kryzysowy i nic więcej.

Po drugie, rewiry pracy poszczególnych jednostek policji obejmują niewielkie obszary. W sam. raz dla pieszych patroli. Policjanci mogą więc poznać ludzi i reagować adekwatnie do skali zagrożeń. Policjanci z pieszych patroli są też mniej skłonni do nieuzasadnionego stosowania przemocy.

Po trzecie, policjant pracuje w tym samym rejonie, w którym mieszka. Tym sposobem człowiek ten osobiście doświadcza rezultatów swej pracy. Współczesny policjant jest silny potęgą machiny państwowej. Policjant lokalny jest silny własnymi umiejętnościami i po- parciem okolicznej ludności.

Podobne zadania spełnia lensman, czyli ktoś w rodzaju szeryfa, w położonych na dalekiej prowincji wioskach w Norwegii. Jego praca polega na ściganiu sprawców przestępstw i polubownym załatwianiu problemów, bez pisania protokołów i angażowania w to instytucji państwa. Wydaje państwu wy- łącznie sprawców najcięższych przestępstw, z którymi nie mogą sobie poradzić miejscowi.

PIECHOTĄ BLIŻEJ DO PRZESTĘPCY

Wzajemne reakcje funkcjonariuszy i obywateli podczas interwencji policyjnych w Chicago badał David Bayley z Uniwersytetu Stanu Nowy Jork w Albany.

Okazało się, że mieszkańcy dzielnicy Kenwood - Hyde Park za najlepszych uznali tych policjantów, którzy mieli stały przydział do pieszych patroli. Policjanci potrafili bowiem lepiej ocenić kto jest realnym zagrożeniem dla mieszkańców, traktowali też ludzi z większą dozą zaufania i mniejszą obawą niż policjanci, którzy przyjeżdżali tylko na wezwania telefoniczne. Gdy policjanci wysiadali z radiowozu byli zwykle wystraszeni, zaczepiali ludzi na podstawie błędnych przesłanek. Stwierdzono, że u samych policjantów w konsekwencji pojawia się .mentalność oblężonego". Nie mają innych relacji z obywatelami, oprócz tych podczas interwencji. Stają się cyniczni lub zaczynają wierzyć, że są samotnymi wojownikami broniącymi ładu i porządku. W rezultacie coraz częściej stosują zastraszenia, groźby i prze- moc wobec przypadkowych osób.

Zawiodła również sama strategia szybkiej reakcji "policji na telefon". W połowie lat siedemdziesiątych dwudziestego wieku przeprowadzono eksperyment badający efektywność policji w Kansas City. Wyniki były zaskakujące. Błyskawiczna reakcja wezwanej telefonicznie policji dawała efekt w postaci zatrzymania zaledwie 3 procent sprawców najpoważniejszych przestępstw. Przyczyną było zachowanie większości świadków i ofiar przestępstw. Często ludzie ci byli w stanie szoku i wykręcali numer 997 dopiero po upływie 20 a nawet 40 mi- nut. Wiadomo, że około połowy poważnych przestępstw nie jest w ogóle zgłaszanych. Stwierdzono, iż nawet natychmiastowe wezwanie policji tuż po przestępstwie zwiększa ilość zatrzymanych sprawców tylko do 7 procent. Podobne wyniki uzyskano podczas badań w innych miastach (na podstawie: Georg L. Kelling, Catherine M. Coles, Wybite szyby, Media Rodzina 2000). Policjanci, którzy oglądają świat zza szyby radiowozu mogą być przydatni w pościgach za sprawcami napadów na banki, ale nie chronią zbyt dobrze zwykłych ludzi.

KWESTIA KASY I PAŃSTWA

Należy jeszcze odpowiedzieć, skąd uzyskać środki na opisane wyżej struktury. Możliwe są mniej lub bardziej anarchistyczne rozstrzygnięcia. Powiedzmy, że likwidacji ulega Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji. Fundusze przeznaczane dotychczas na działalność ministerstwa i policji, przestają podlegać centralnemu sterowaniu, chociaż zostają zachowane. Pieniądze z budżetu państwa dzielone są od tej pory proporcjonalnie do liczby mieszkańców danej miejscowości i gminy, a następnie kierowane na potrzeby policji lokalnej. W opcji anarchistycznej przestaje istnieć budżet państwa i wszelkie jego agendy. Policja lokalna i pozostałe służby finansowane są z budżetu lokalnego, czyli podatków i opłat uchwalonych w głosowaniu powszechnym przez mieszkańców autonomicznej gminy czy regionu. Zamiast podatków lokalnych może obowiązywać składka członkowska. Mieszkaniec danej gminy nabywa praw i przywilejów obywatelskich wraz z uiszczeniem składki na działalność samorządu. Każde miasto i gmina sta- je się swego rodzaju stowarzyszeniem. Ten, kto nie chce płacić składki, płaci za korzystanie z infrastruktury gminy (np. drogi) i usług służb publicznych (policja, straż pożarna, pogotowie, sądy, żłobki, szkoły, itd.). Prawdopodobnie, możliwe są również inne rozwiązania. Wyboru dokonają sami mieszkańcy.

Reasumując: złotym środkiem okaże się prawdopodobnie współistnienie policji lokalnej ze strażą obywatelską, angażowaną w razie potrzeby. Uzupełnieniem tej struktury powinna być niewielka grupa interwencyjna operująca w granicach miasta lub gminy: Będzie stanowić dodatkowe zabezpieczenie praw ofiar przestępstwa. To na wypadek, gdyby społeczność lokalna i jej służby okazały się nietolerancyjne dla przejawów inności lub obojętne na określone rodzaje przestępstw. Grupa będzie wchodzić do akcji na wezwanie poszkodowane- go czy świadka, jeśli zawiodą: straż obywatelska i policja lokalna.

W przeciwieństwie do policji państwowej, oddalonej od obywateli specjalnymi uprawnieniami i lojalnością wobec centrali, proponowane służby porządkowe mogą być dowolnie modyfikowane stosownie do bieżącej sytuacji, a użycie ich przeciw społeczeństwu w celu rozpędzania demonstracji czy rozbicia strajku jest praktycznie niewykonalne.

Rafał Górski "Mać Pariadka" #1/2005 (90)

ABC DEZAKTYWACJI KAMER CCTV



Tłumaczenie z: http://athens.indymedia.org/front.php3?lang=en&article_id=230766



PO CO NISZCZYĆ KAMERY CCTV?



1.1) Po co niszczyć kamery cctv?



Zaufaj intuicji, lecz jeżeli potrzebujesz intelektualnego usprawiedliwienia, to:



„Wzrok kamer nie pada równo na wszystkich użytkowników ulicy, lecz na tych, którzy są stereotypowo postrzegani jako odbiegający od normy, lub tych, którzy przez wzgląd na zachowanie lub wygląd są wytypowani przez operatorów jako niebezpieczni. W ten sposób młodzież, szczególnie ta społecznie i ekonomicznie zmarginalizowana, może podlegać jeszcze większemu oficjalnemu napiętnowaniu, i zamiast przyczyniać się do społecznej sprawiedliwości poprzez redukcję wiktymizacji, CCTV staje się bardziej narzędziem niesprawiedliwości poprzez wzmocnienie wyróżniającej i dyskryminującej polityki policyjnej.”



„instrument społecznej kontroli i produkcji dyscypliny; produkcja „wyczekującego konformizmu”; pewność gwałtownej dyslokacji obserwowanych wykroczeń oraz; zbieranie zindywidualizowanych akt monitorowanej populacji.”



„Nieprzejednane oko: inwigilacja CCTV w przestrzeni publicznej”

Dr. Clive Morris i Gary Armstrong z Centrum Kryminologii i Sprawiedliwość Karnej na Hull University, UK.



„Byliśmy w stanie pokazać, że CCTV nie redukuje przestępstw i nie redukuje strachu przed przestępstwem. Jeżeli cokolwiek wzmaga, to nieznaczny wzrost niepokoju.”



Prof. Jason Ditton, Sheffield University.



RODZAJE KAMER CCTV



2.1) Fałszywe kamery



Powinny być niszczone i usuwane, jako że, wciąż wywołują paranoje i strach przez karą. Posiadają obudowę prawdziwej kamery, więc wyglądają dość realistycznie.



2.2) Ukryte kamery.



Są również użyteczne jako wsparcie na obiektach, gdzie zasadniczy sprzęt CCTV jest bardziej tradycyjny, tzn. standardowe kamery. W takim przypadku ukryte kamery mogą operować jako wsparcie gdy główny sprzęt zostanie uszkodzony przez intruza. Używane najczęściej tymczasowo.



2.3) Kamery zamontowane na ścianach.



Zazwyczaj zamontowane poza zasięgiem jednego człowieka, lecz dostępne dla dwóch współpracujących ludzi.

Najczęściej chronią własność prywatną, lecz często również monitorują przestań publiczną.



2.4) Kamery zamontowane na dachach.



Zazwyczaj policyjne kamery ruchu ulicznego, lecz czasem w prywatnych lub dużych biurach lub instytucjach.



2.5) Kamery zamontowane na słupach ulicznych.



W okolicach centrów handlowych, lub do nadzoru ruchu ulicznego.



METODY ATAKU.



3.1) Torba foliowa.



Torba foliowa wypełniona klejem działa całkiem nieźle.

Tania i prawie tak samo efektywne jak inne krótkotrwałe techniki. Używaj biodegradalnych toreb, które są cieńsze. Czasami kamera mająca iść do naprawy również jest foliowana, tak więc wizualnie jest to niejednoznaczne. Ofoliowując kamerę, istnieje duża szansa, że sięgniesz ją bez problemu. Nie zawahaj się rozbić szybki, obiektywu i innych części. Nie foliuj jej później, ludzie muszą widzieć zniszczone urządzenie.



W sposób wyraźny widać jej uszkodzenie.



3.2) Taśma i naklejka.



Umieść taśmę bądź naklejkę na obiektywie. Dobry trening



W sposób wyraźny widać jej uszkodzenie.



3.3) Pistolet z farbą.



Użyj zabawkowego pistoletu na wodę i farby. Szybka, zabawna i prosta metoda – szczególnie rekomendowana. Łatwa do dezaktywowania wielu kamer w krótkim czasie. Podczas godzinnej akcji można zaliczyć ok. 10 kamer. Miej ze sobą zapas farby w plastikowych pojemnikach. Przefiltruj farbę, by usunąć grudki blokujące pistolet. Zaatakuj wpierw obiektyw, później całą kamerę i jej okolice. W sposób wyraźny widać jej uszkodzenie, dodatkowo zwraca na siebie uwagę. Kamery są szybko czyszczone, więc jest to efektywne tylko na krótki czas.



Bądź przygotowany na ubrudzenie: weź niepotrzebne ubrania.



Nie zaleca się wspinania.



3.4) Wskaźnik laserowy.



Wskaźniki o dość sporej mocy, można dostać po niewielkiej cenie. Wskaźniki laserowe o mocy <5mwatt>

By mieć pewność potrzebny jest wskaźnik o większej mocy. Istnieje ryzyko uszkodzenia oczu z odbicia z szybki kamery. Również bardzo trudno utrzymać punkt precyzyjnie w jednym miejscu. Żadnych widocznych znaków uszkodzenia kamery.



Nie polecamy tej metody.



3.5) Przecinanie kabli.



Kable można łatwo przeciąć ostrą siekierką lub przecinakiem. Upewnij się czy narzędzie nie przewodzi prądu, by uniknąć porażenia. Przypadkowe spojrzenie na zwisające kable ujawni że kamera nie działa. Wymaga całkowitej, kosztownej zmiany okablowania.



Satysfakcjonujące iskry podczas przecinania kabli.



3.6) Cegłówka.



Wejdź na dach budynku na którym znajduje się kamera i zrzuć na nią jakiś ciężki przedmiot np. cegłę. Znajdź odpowiednie miejsce na celny rzut, rzucając wpierw mniejsze kamienie.

Kamera zostanie kompletnie zniszczona z towarzyszącym deszczem iskier. Wejście na wysoki budynek z cegłami wymaga sporej sprawności fizycznej. Zwracaj szczególną uwagę na bezpieczeństwo ludzi na dole.



To naprawdę hardkorowa metoda.



TRENING.



Trening jest kluczowy nie tylko dla sprawności fizycznej, lecz również dla rozwijania technik i co ważniejsze, dla bycia przygotowanym na nieprzewidziane zdarzenia.



4.1) Wspólna praca.



(Po)znaj swojego partnera bardzo dobrze. Musisz znać ograniczenia i zdolności swojego partnera. Musicie wiedzieć jak bardzo ufacie sobie.



4.2) Sprawność fizyczna.



Sprawności fizycznej nigdy za wiele. Urozmaicaj swoje ćwiczenia,

Zacznij od czegoś łatwego, jak naklejki.



4.3) Znajomość terenu.



Znaj każdą część rejonu na którym będziesz operował. Eksploruj w dzień i w nocy. Wspinaj się na każde drzewo, budynek. Poznaj każdą ścieżkę, krzak, tunel. Wspinaj się na ściany, płoty. Nie używaj chodników i ulic (jedynie przechodź jej w poprzek we właściwym kierunku).



Od redakcji: jak się domyślasz, nie popieramy działań niezgodnych z prawem. Jeżeli jednak twoje poglądy na ten temat są odmienne, warto zapoznać się z tym.

Więzienia przyszłości?

(fragment książki włoskiego anarchisty M. Bonanno, oskarżonego w "procesie Mariniego", w której opowiada on, o roli więzień w niedalekiej przyszłości na podstawie obserwacji obecnej sytuacji)



"
(...)Kapitał odda ostatnie słowo białym fartuchom. Więzienia nie wystarczą na długo. Fortece przeszłości, które przetrwają jedynie w fantazjach kilku wyegzaltowanych, starych reakcjonistów znikną razem z ideologią opartą na społecznej ortopedii. Nie będzie już dłużej skazanych. Kryminalizacja, jaką tworzy kapitał, zostanie zracjonalizowana; będzie odbywała się poprzez szpitale dla obłąkanych.



Kiedy rzeczywistość jest spektakularna, brak podporządkowania się spektaklowi oznacza bycie poza rzeczywistością. Każdy, kto odmawia podporządkowania się kodowi dóbr materialnych, jest szalony. Odmowa zginania się przed bogiem konsumpcji będzie kończyć się wysyłaniem takich jednostek do przytułków dla chorych psychicznie.



Tam leczenie będzie radykalne. Żadnych więcej tortur w stylu inkwizycji czy też krwi- takie rzeczy niepokoją opinię publiczną. Powodują, że praworządni reagują, dają grunt pod usprawiedliwienia i żądania oraz zakłócają harmonię spektaklu. Całkowita anihilacja osobowości, uznana za jedyne radykalne lekarstwo dla chorych umysłów, nikogo nie denerwuje. Tak długo, jak człowiek na ulicy czuje, iż jest otoczony przez niezakłóconą atmosferę kapitalistycznego spektaklu, będzie się czuć bezpieczny przed groźbą zamknięcia się za nim drzwi przytułku dla umysłowo chorych. Świat szaleństwa będzie mu się wydawać obecny gdzie indziej, pomimo że zawsze jest jakiś przytułek obok każdej fabryki, naprzeciw każdej szkoły, za każdym fragmentem ziemi, w środku każdego osiedla mieszkaniowego.



Kapitał programuje kod interpretacji do rozpowszechniania na masową skalę. Na podstawie tego kodu opinia publiczna przyzwyczai się do patrzenia na tych, którzy atakują porządek świata władców, to znaczy na rewolucjonistów, jako praktycznie szalonych. Stąd chęć umieszczenia ich w szpitalach dla umysłowo chorych. Więzienia racjonalizują się według niemieckiego modelu. Najpierw zmieniają się w specjalne więzienia dla rewolucjonistów, potem w modelowe więzienia, potem w prawdziwe łagry manipulacji umysłem, aby na koniec stać się szpitalami dla wariatów. W naszym krytycznym sprzeciwie musimy uważać, aby nie otworzyć drogi dla cywilnych sług w białych fartuchach (...)



Kiedy mówimy, że nie czas jest na zbrojny atak przeciw państw, otwieramy drzwi szpitali dla umysłowo chorych naszym towarzyszom, którzy takie ataki podejmują; kiedy mówimy, że nie nastał jeszcze czas na rewolucję, zaciskamy zapięcia kaftana bezpieczeństwa; kiedy mówimy, że takie akcje są prowokacją, sami zakładamy białe fartuchy torturujących."

Dać skazanym szansę

Gazeta.pl Wyborcza Opinie

Dać skazanym szansę

Z Michaelem Hennesseyem, szeryfem San Francisco rozmawia WiktorOsiatyński
(02-12-01 18:40)

Zajawka : Chciałbym, aby człowiek wychodził z więzienia z nadzieją, że
będzie mógł powrócić do społeczeństwa. Że dostanie jakąś pracę zamiast
beznadziei, z której często wyrasta decyzja, by nie liczyć się z niczym ani z nikim - mówi Michael Hennessey, szeryf San Francisco, w rozmowie z Wiktorem
Osiatyńskim Wiktor Osiatyński: Jest Pan zwolennikiem stosowania alternatywnych kar zamiast więzienia, organizatorem różnorodnych programów edukacyjnych terapeutycznych terapeutycznych w aresztach i więzieniach hrabstwa San Francisco.

Dlaczego Pan to robi?

Michael Hennessey: By zmniejszyć liczbę przestępstw.

Jednak większość szeryfów w Ameryce oraz ministrów sprawiedliwości w
innych krajach próbuje zapobiegać przestępczości, starając się po prostu
zamknąć więcej ludzi na więcej czasu w większej ilości więzień.

- Nie wierzę, aby to dawało rezultaty, bo wcześniej czy później ci
ludzie wyjdą z więzień. Wielką liczbę przestępstw popełniają ludzie, którzy
dopiero co wyszli z więzień, w tym także ci na warunkowym zwolnieniu. Dzieje
się tak, bo nie mają niemal żadnych szans na wolności. Większość więzień
to brutalne środowiska, gdzie nawet sprawcy przestępstw bez użycia
przemocy muszą nauczyć się być gotowym do bójki w samoobronie. Gdy wracają na wolność, najlepiej radzą sobie z innymi ludźmi, walcząc z nimi.
Trudno się zatem dziwić, że nawet gdy wejdą w drobny konflikt, kończy się to
wyrządzeniem komuś krzywdy.

A czy nie jest tak, że niektórzy ludzie są gwałtowni i na zawsze
takimi pozostaną?

- Niektórzy ludzie rzeczywiście są gwałtowni i będą mordować, jeśli ich się nie odizoluje. Jednak to można ocenić na podstawie dobrej znajomości
człowieka, a nie rodzaju popełnionego przez niego przestępstwa. Wiele
gwałtownych przestępstw ma swoje źródła w środowisku, a nie w
charakterze osoby. Jedną z najbardziej tragicznych postaci w najnowszej historii Ameryki był Jack Abbott. W trakcie pobytu w więzieniu okazało się, że jest bardzo utalentowanym pisarzem. Po przeczytaniu jego książki "Dolina bestii" słynny pisarz Norman Mailer roztoczył nad nim opiekę i poręczył za przedterminowe zwolnienie Abbotta. Sąd usłuchał Mailera i Abbott wyszedł na wolność.

I kilka dni później w restauracji zadźgał nożem kelnera, który
zwrócił mu uwagę, by wyszedł z papierosem na zewnątrz. Stało się to klasycznym argumentem dla zwolenników zaostrzenia kar: żadnych przedterminowych zwolnień, ułaskawień, mniej kar w zawieszeniu.

- To prawda. Kiedy jednak dokładniej przyjrzeć się sprawie, można
nabrać wątpliwości. Gdy kelner mówi Abbottowi, by wyszedł z papierosem, ten
myśli, że kelner wywołuje go do bójki, bo w więziennej podkulturze to właśnie oznacza zaproszenie do wyjścia. A w więzieniu, gdy szykuje się bójka, nikt nie czeka, by oddać cios, bo można nie przeżyć pierwszego. Tak myśląc, Abbott wziął ze stołu nóż i gdy kelner się odwrócił, zadał śmiertelny cios. "A co miałem zrobić - mówił. - Tylko tak można przetrwać w tym świecie". Wciąż zbyt wielu więźniów myśli podobnie, ucząc się w więzieniach zasady, że przetrwają najbardziej agresywni.

Pan chce, aby więzienia były inne?

- Tak. Chciałbym, aby człowiek wychodził z więzienia z nadzieją, że
będzie mógł wrócić do społeczeństwa. Że dostanie jakąś pracę zamiast
beznadziei, z której często wyrasta decyzja, by nie liczyć się z niczym ani z nikim.

Czy wyborcy nie mówią Panu, by przestępców zamykać na zawsze, a klucze
wyrzucać do rzeki?

- Już nie. Jednak na początku mówili.

Co Pan im odpowiadał? Pytam, bo w Polsce wiele osób tak właśnie myśli.

- Sądzę, że także w Polsce próbuje się zapewnić wszystkim ludziom
pewne minimum wykształcenia. A jeśli jakiś młody człowiek przerywa naukę, a
później chce to nadrobić, to chyba może skorzystać ze szkół dla
dorosłych?

To możliwe, chociaż niezbyt łatwe.

- Podobnie jak u nas. Ale są środki publiczne na edukację dla
dorosłych. Wykorzystujemy więc część tych środków na naukę w więzieniach. W
niektórych społecznościach istnieją specjalne usługi edukacyjne dla mieszkańców, staramy się więc objąć nimi także więźniów. Bo przecież mimo
uwięzienia nadal pozostają oni członkami społeczności, do której kiedyś wrócą.

O więźniów powinniśmy się troszczyć we własnym interesie. Większość z
nich nie jest pasywna; oni nie trafili do więzień za to, że spokojnie
spali na ulicy. To ludzie aktywni, którzy w więzieniu stają się jeszcze
bardziej agresywni. Po odbyciu kary do społeczeństwa wracają tysiące osób bez środków do życia. A ponieważ nie są pasywni, nie będą siedzieć i czekać, aż umrą. ¦rodki do życia zdobędą siłą, jeżeli nie uzyskają ich w inny sposób. Zapewniając edukację w więzieniu, dajemy im inne niż przemoc
narzędzia, by radzili sobie w życiu, a więc zniechęcamy ich do popełniania
przestępstw.

Czy to daje efekty?

- Badania wykazują, że absolwenci naszych programów trafiają ponownie
do więzień bez porównania rzadziej niż inni więźniowie. Mamy już wyniki
programów leczenia alkoholizmu i narkomanii w więzieniu dla kobiet,
upraw organicznych oraz oduczania przemocy. Wygląda na to, że wszystkie są
skuteczne.

Dzięki czemu?

- Najważniejsze było zapewnienie wiarygodności terapeutów. Dawno
przekonałem się, że wiarygodność jest konieczna, aby nawiązać więź z ludźmi,
którym chcemy pomóc zmienić się. Jeśli doskonale wyszkolona terapeutka z
wyższych sfer przyjedzie luksusowym samochodem do getta, by tam pracować z
niezamężną matką, to żadne kwalifikacje ani zdolności nie pomogą. Młoda
dziewczyna pomyśli: "Ta kobieta powie mi, że ona nie musi żyć tak jak ja".
Zupełnie co innego, jeśli przyjdzie do niej inna matka nieślubnego dziecka i
powie: "Oto jak ja zmieniłam swoje życie. Musiałam to i to zrobić. To nie było łatwe, ale pomogę ci przez to przejść". Ona jest bez porównania bardziej wiarygodna, a jej przykład może stać się dla tej drugiej inspiracją.
Podobnie dla przestępców najbardziej wiarygodni są byli przestępcy.
Przez sam fakt, że są na wolności, pracują i nie wracają do przestępczości,
mogą stanowić model do naśladowania.

Pan uzyskał sławę jako szeryf, który daje pracę byłym kryminalistom.
Czy łatwo było przekonać do tego pomysłu policję, prokuratorów, sędziów i
strażników więziennych?

- To było najtrudniejsze. Stróże prawa uważają, że najlepiej jest
trzymać się z dala od przestępców. I chociaż więzienia i areszty są
przeznaczone dla przestępców, personel nie chce wpuszczać tam byłych więźniów. Obawiają się, że mogą oni szmuglować do więzień narkotyki i popełniać inne przestępstwa.

A czy tak nie jest?

- Nie. Możemy przecież ludzi prześwietlać, czy niczego nie wnoszą.
Pracujemy z wytypowanymi przez nas osobami przez jakiś czas po wyjściu z
więzienia albo czekamy rok lub dłużej, aż przekonają nas, że potrafią uczciwie pracować. U mnie pracuje wielu byłych przestępców i większość okazała się bardzo dobrymi pracownikami. Wśród zatrudnionych, którzy nigdy nie popełnili przestępstw, też zdarzają się źli pracownicy. Trafiali mi się nawet terapeuci, którzy szmuglowali do więzienia narkotyki. A nigdy nie
zrobił tego żaden były przestępca. Oni się tego boją, bo z własnego
doświadczenia wiedzą, czym to się kończy.

Powinienem mieć wystarczającą odwagę i podejmować ryzyko, by robić
to, co uważam za słuszne, czyli zapewniać wiarygodnych dla więźniów
terapeutów.

Jak Pan zdołał przekonać swoich zwierzchników do tego ryzyka?

- Jestem szeryfem od 21 lat. I wcale nie zacząłem od razu wszystkich
programów, jakie dziś prowadzimy. Budowaliśmy je krok po kroku, od
jednego udanego przedsięwzięcia do kolejnego. W ten sposób sami uzyskaliśmy
wiarygodność u tych, od których zależy nasz budżet - od rady miasta,
władz miejskich i powiatowych. Widząc, że nasze programy są skuteczne i
przynoszą korzyść nie tylko więźniom, lecz społeczeństwu, okazywali mi coraz
większe poparcie i przyznawali więcej pieniędzy.

Jak inni mogą zyskać taką wiarygodność?

- Stopniowo. Najpierw zatrudniałem ludzi, którzy potrafili przeszkolić
personel więzienny, aby razem z nim zmieniać tradycyjne sposoby
działania. Chcąc wprowadzać zmiany, lepiej zaczynać od programów, które rokują szansę powodzenia.

Dobrze zacząć od więźniów o niskim stopniu ryzyka - wtedy część
strażników mogą zastąpić terapeuci. Gdy program działa dobrze, można zacząć
włączać, też stopniowo, więźniów o większym ryzyku, a w końcu - jeszcze
trudniejszych. Ale w więzieniach o najostrzejszym rygorze, gdzie wielu
więźniów odsiaduje wyroki za morderstwa, długo nie było żadnych
programów. Skoro ci ludzie nie wyjdą szybko na wolność, wolę zaczynać pracę z takimi, którzy niedługo wyjdą. Ostatnio w oparciu o dotychczasowe
doświadczenia rozpoczęliśmy kilkanaście programów w więzieniach o najostrzejszym rygorze.

Wyborcy tak Pana popierają, że ostatnio nie miał Pan nawet
kontrkandydatów. W jaki sposób przekonał Pan ich do swoich programów, zwłaszcza że większość szeryfów w USA jest wybierana dzięki hasłom o konieczności surowego i bezwzględnego przywracania prawa i porządku?

- Staramy się wyedukować ludzi tak, by dostrzegali zalety naszych
działań oraz wady trzymania ludzi w więzieniach bez żadnych programów. Gdy
chcę wytłumaczyć mieszkańcom San Francisco naszą działalność, często podaję
przykład: w końcu lat 70. Fidel Castro wypuścił kilkuset chorych z
zakładów psychiatrycznych i pozwolił im wyemigrować do USA. Gdy to wyszło na
jaw, Amerykanie wpadli w panikę - Kongres zarządził przesłuchania,
prezydent Carter zajął się sprawą, wszyscy wystraszyli się przysłanych z Kuby umysłowo chorych, kryminalistów i morderców. Okazało się, że pośród nowo przybyłych znajdowało się około 350 przestępców. To wystarczyło, by poruszyć cały kraj. A przecież w samej Kalifornii stanowe więzienia opuszcza codziennie ośmiuset więźniów i nikt nie panikuje, dlatego że jest to czymś zwykłym więźniów akceptowanym. Łapiemy przestępcę i skazujemy go. To ludzi zadowala. Później jednak nikt nie mówi: "Dzisiaj wypuściliśmy z więzień ośmiuset drapieżników". Dlatego tak ważne jest, by stale uświadamiać
społeczeństwu ograniczenia wymiaru sprawiedliwości oraz więzień. A największym ograniczeniem jest to, że ludzie wychodzą z więzień przeważnie
jeszcze gorsi niż wtedy, gdy zostali tam zamknięci.

Pan próbuje przezwyciężyć te ograniczenia, stosując kary zastępcze.
Czy są one skuteczne?

- Większość takich programów powstała z konieczności, bo nasze
więzienia były przepełnione, a takimi nie tylko trudniej zarządzać, są one
oczywiście bardziej niebezpieczne. Więc chcieliśmy, aby choć część więźniów
mogła wyjść na wolność. Nasze prawo pozwala szeryfom na umieszczanie skazanych w programach zastępczych zamiast w więzieniu, naturalnie przy zachowaniu określonych wymogów. Inne przepisy - uchwalone w połowie lat 80. - pozwalają więźniom odpracować część kary. Na tej podstawie stworzyliśmy programy zastępcze, które stały się popularne. 80-90 osób, które powinny być w więzieniu, stawia się każdego ranka do pracy przy zamalowywaniu
graffiti i zamiataniu ulic. Na dodatek, prawo pozwala pobierać od nich opłaty, jeśli mają na to środki. Toteż społeczeństwo ma z tego pożytek w postaci czystszego miasta. Uczymy skazanych pracować i odpłacać społeczeństwu za popełnione przestępstwa, a jednocześnie robimy to taniej, niż gdybyśmy trzymali ich w więzieniu.

Trzymacie też skazanych w domach, zakładając im elektroniczne
bransolety, które informują o każdym ich ruchu.

- Tak, mamy 60 do 80 osób żyjących w odosobnieniu we własnych domach.
Pamiętamy jednak, że nie każdy się do tego nadaje.
Nawet w tolerancyjnym San Francisco wielu ludzi to oburzało.

- To prawda. Na początku ludzie myśleli, że trzymanie skazanych w ich
domach jest zbyt łagodne. Myślę, że to kwestia zbiorowego ego, które pcha
nas, żeby nie tylko ukarać skazanego, ale na dodatek ukarać go boleśnie. Jednak przecież możemy karać ludzi w sposób, który lepiej uwzględnia potrzeby sprawcy, jego lub jej rodziny, a także całej społeczności.

Czy to w ogóle jest kara?

- Zróbmy eksperyment. Przez miesiąc zmuszę pana do pozostawania w
domu. Zostawię panu nawet telefon, będą mogli pana odwiedzać znajomi,
będzie mógł pan zamawiać jedzenie w sklepie lub w restauracji, słowem, będzie pan miał wszystkie wygody. Zobaczy pan, że po miesiącu zacznie pan szaleć. A co dopiero, gdyby to było 90 dni lub rok. Z pewnością byłaby to dla pana kara, mimo że łagodniejsza niż więzienie. Od tych, którzy mają pieniądze, też pobieramy opłaty. Ale przecież ta kara nie sprowadza się do samego siedzenia w domu. Nakładamy na nich obowiązki, jak np. leczenie alkoholizmu, narkomanii. Gdy właściwie dobieramy ludzi do takiej kary, chroni ona również społeczeństwo.

Na jakiej podstawie kierujecie jednych do robót publicznych, innych do
aresztu domowego, a jeszcze innych do więzień?

- Więzienia często pozbawiają ludzi szacunku dla władzy, bo bywają
niezwykle autorytarne, a ze względu na trudność kontroli i arbitralność władzy obowiązujące w nich reguły są niekiedy zupełnie dowolnie egzekwowane
wobec jednych więźniów i uchylane wobec innych.

Toteż opuszczając więzienia, ludzie mają niechęć do władzy, do
stróżów prawa i do wszelkich reguł. Na dodatek wychodzą z większym ładunkiem złości i większą skłonnością do przemocy. Dlatego najważniejszym zadaniem
zarządzających więzieniami jest nakłonienie gwałtownych przestępców,
by w czasie kary poddali się terapii. Przecież zdecydowana większość
więźniów powróci do swoich społeczności. Jeszcze lepiej by było, gdyby udało
się nam w ogóle uniknąć zamykania ludzi w więzieniu. Więzienia powinny być
stosowane wyłącznie wobec gwałtownych przestępców, którzy stanowią zagrożenie dla ludzi. Wobec innych więzienie mogłoby pełnić funkcję odstraszania - powinni spędzić tam jakiś czas, by uświadomić sobie, czym jest więzienie i jak dolegliwa może być kara.

Jak długo powinni siedzieć?

- Po miesiącu człowiek już wie, na czym polega więzienie, czy będzie
umiał się dostosować, czy nie. Potem funkcja odstraszająca zanika. Pobyt w
więzieniu dłużej niż miesiąc ma minimalny efekt dodatkowy i w coraz
mniejszym stopniu odstrasza od kolejnych przestępstw.

Czyli ci, którzy po pierwszym szoku nie przystosują się do warunków
więziennych, ulegną dodatkowej brutalizacji. Ci zaś, którzy się
dostosują,
przestaną się bać ponownego uwięzienia, bo doświadczyli już raz władzy
wewnątrz więziennej społeczności.

- Najczęściej tak. To tak jak z karą chłosty stosowaną np. w
Singapurze. Po kilku ciosach bity wie, jakie to bolesne. Kolejne razy jedynie
Zwiększają ból i poczucie krzywdy, ale już niczego nie uczą.

Sądzi Pan, że miesiąc aresztu może być wystarczającą karą?

- Często tak. Zwłaszcza jeśli ją połączyć ze zwolnieniem, którego
warunkiem byłoby skuteczne poddanie się leczeniu z alkoholizmu, narkomanii bądź przemocy. Nasza polityka karna odzwierciedla lęk społeczeństwa. Ale
zbyt często nasze poglądy na temat długości kary są oparte na przesądach,
a nie na faktach. Wciąż jeszcze za mało wiemy, jakie środki kontroli
społecznej są skuteczne. Wiele przykładów sugeruje, że współdziałanie policji i lokalnych społeczności lepiej poprawia poczucie bezpieczeństwa obywateli niż surowe kary.

Czy policja i personel więzienny przychylnie odnoszą się do pańskich
pomysłów?

- Nie. Zazwyczaj mam do czynienia z dużą niechęcią personelu, do
czasu gdy zmienią swoje przekonania.

A kiedy je zmieniają?

- Wtedy, gdy widzą, że coś zwiększa bezpieczeństwo i porządek na
ulicach bądź w więzieniu. Podstawowym warunkiem jest, by stróże prawa – od najwyższych oficerów do zwykłych policjantów - brali udział we
wprowadzaniu nowych programów, bo wtedy rośnie ich poczucie współuczestnictwa,
ujmy i profesjonalizmu. I nie próbują sprzeciwiać się nowościom lub
sabotować je. Tak właśnie było w przypadku najnowszej tendencji w amerykańskim więziennictwie, czyli bezpośredniego nadzoru strażników nad więźniami. Polega to na tym, że więźniowie mieszkają po 20-30 w dużych salach, w których odbywają się również zajęcia edukacyjne i terapie grupowe pod nadzorem strażnika mającego swe biurko wewnątrz pomieszczenia.
Bezpośredni nadzór okazał się bez porównania bezpieczniejszy i tańszy niż
Tradycyjne więzienia, gdzie osadzeni znajdują się w pojedynczych lub
Kilkuosobowych celach, a strażnicy spacerują po korytarzach. Na początku jednak personel sądził, że to zbyt niebezpieczne.

Czy mimo to narzucił Pan ten nowy system?

- Nie, bo to by nie dało rezultatów. Kiedyś podczas konferencji Amerykańskiego Stowarzyszenia Pracowników Więzień usłyszałem, że Bezpośredni nadzór ułatwia zarządzanie więzieniem i poprawia bezpieczeństwo. Przekonało mnie to, że nie mówili tego politycy ani teoretycy, lecz ludzie, którzy sami kierowali więzieniami. Postanowiłem spróbować. Jednak nie we wszystkich więzieniach, którymi Pan zawiaduje, Wprowadzono bezpośredni nadzór. Czy dlatego, że personel nie chciał?

- Personel już wszędzie się do tego przekonał. Ale w starszych
więzieniach nie mamy często fizycznych możliwości jego wprowadzenia. Nie ma tam wielkich sypialń ani dużych sal lekcyjnych.

W polskich więzieniach właśnie zamienia się sale wykładowe na
sypialnie, aby zmniejszyć przepełnienie.

- Sale lekcyjne są konieczne, jeśli chce się prowadzić jakikolwiek
program resocjalizacji. W więzieniu o najostrzejszym rygorze jest tylko jedna taka sala na 12 osób, a w więzieniu jest 500 więźniów. Dlatego w nowszych więzieniach budujemy więcej sal wykładowych i otwartych przestrzeni.

Skąd bierze Pan ludzi do prowadzenia zajęć?

- Na początku korzystaliśmy z wolontariuszy, głównie z rozmaitych grup
religijnych. Nie przychodzili zbawiać więźniów i nie uczyli ich
religii, lecz czytania i pisania. Wielu pochodziło ze wspólnot samopomocowych takich jak Anonimowi Alkoholicy czy Narkomani. Przychodzili do więzień po to, by przygotowywać więźniom kontakty z grupami na wolności, niezbędne po wyjściu z więzienia. Przychodzili przynajmniej od pół roku, nie zagrażali bezpieczeństwu, pozyskali więc zaufanie strażników i więźniów. Toteż zaproponowaliśmy im, aby oprócz udziału w swoich grupach prowadzili także inne rodzaje zajęć, tym razem już za wynagrodzeniem. W ten sposób budowaliśmy nasz nowy personel.

Co by Pan radził, gdybyśmy chcieli stworzyć podobne programy w Polsce?

- Najpierw trzeba przekonać personel, że warto. Może dobrze by było,
gdyby przyjechali do was nasi strażnicy i wychowawcy. Wasi sceptycy mogliby
od nich usłyszeć: "Ja sam kiedyś byłem twardy wobec więźniów i myślałem,
że nie są nic nie warci. Ale przekonałem się, że nowe programy są skuteczne".

Gdyby do San Francisco przyjechał nasz minister sprawiedliwości, to co by Pan mu pokazał?

- Wszystko, co chciałby zobaczyć. Gościłem szefa więziennictwa Republiki
Irlandii. Zaproponowałem, żebyśmy obejrzeli więzienia starego typu i
nowe. A on na to, że chce zobaczyć tylko pomieszczenia i programy w nowych
więzieniach. Kiedy zapytałem, czy nie chciałby ich porównać ze starymi,
odpowiedział: "Nie, dziękuję. Stare to ja mam u siebie".

Michael Hennessey (ur. 1948 r.) prawnik, pracował w Urzędzie Szeryfa,
któremu podlega m.in. policja oraz areszty i więzienia. Stworzył tam
Wydział Porad Prawnych dla Więźniów. W 1979 r. Hennessey został wybrany na
Szeryfa San Francisco; odtąd był niezmiennie wybierany co cztery lata.

Jako szeryf szybko zdobył sławę, zatrudniając w tradycyjnie "białym i
męskim" Urzędzie Szeryfa znaczną liczbę kobiet oraz przedstawicieli
mniejszości rasowych.

Wiktor Osiatyński - prawnik, wykłada na Uniwersytecie
¦rodkowoeuropejskim w
Budapeszcie, w Warszawie i w University of

Chicago. W latach 1985-87 był nauczycielem akademickim w więzieniu dla
kobiet w Kalifornii. W 1989 r. założył komisję edukacji w dziedzinie
alkoholizmu przy Fundacji im. Stefana Batorego, która m.in. dopomogła
we wprowadzeniu terapii dla osób uzależnionych w polskich więzieniach



Od autora:

W Stanach Zjednoczonych słowa "więzienie" i "areszt" mają inne
znaczenie niż
w Polsce. Różnica nie dotyczy charakteru pozbawienia wolności (areszt
tymczasowy do rozprawy) lub wysokości wyroku (w Polsce niektóre niskie
wyroki odsiaduje się w aresztach), lecz tego, w jakiej strukturze
federalnej
znajduje się miejsce odosobnienia. Więzienia są federalne oraz
stanowe. W
powiatach i miastach zaś znajdują się areszty.

W praktyce jurysdykcją federalną i stanową objęte są poważniejsze
przestępstwa, toteż w więzieniu - podobnie jak w Polsce - przebywa się
dłużej niż w areszcie. W celu oddania istoty uwięzienia w niniejszej
rozmowie posługuję się terminem "więzienie" zarówno wtedy, gdy szeryf
Hennessey mówi o areszcie, jak i więzieniu.

Wiktor Osiatyński