Sześć dni kacetu

Sześć dni kacetu

W świecie, w którym ludzie posiadają władzę lub nie, każdy uczy się gardzić własnymi słabościami lub bezradnością innych

Eksperyment Philipa Zimbardo dotyczący sztucznego więzienia do dziś porusza i szokuje. Emocje wywołuje zarówno zastosowana procedura, choć i tak łagodniejsza niż warunki w prawdziwym więzieniu, jak też zachowania uczestników. Mili studenci w ciągu kilku dni przeobrazili się w okrutnych strażników i zniewolonych więźniów. Jak to się stało?


CRAIG HANEY, CURTIS BANKSI, PHILIP ZIMBARDO

Aresztuję się

W pierwszy dzień eksperymentu współpracująca z eksperymentatorami policja z Palo Alto "aresztowała" bez uprzedzenia uczestników doświadczenia w chwili, gdy przebywali w domach. Policjant przedstawiał im zarzut włamania lub napadu z bronią w ręku. Następnie zakuwano ich w kajdanki, rewidowano - często na oczach sąsiadów - i przewożono na posterunek. Tam zdejmowano im odciski palców, zakładano kartoteki. Następnie zawiązywano oczy i przewożono w asyście strażnika oraz eksperymentatora do sztucznego więzienia. Tam więźniowie musieli się rozebrać, poddać odwszeniu (preparat rozpylano dezodorantem w sprayu), a następnie przez chwilę stali nago na dziedzińcu więziennym. Potem wydawano im stroje aresztanckie, robiono zdjęcie policyjne, umieszczano w celach i kazano zachowywać milczenie.

Trzy wyjścia do ubikacji

Gdy wszyscy więźniowie zajęli miejsca w celach, naczelnik powitał ich i przedstawił reguły obowiązujące w więzieniu. Do aresztantów można się było zwracać, używając tylko ich numerów identyfikacyjnych. Każdego dnia podawano im trzy niesmaczne posiłki i pozwalano na trzy nadzorowane wyjścia do ubikacji. Przywilejem było pisanie listów lub czytanie książek przez dwie godziny dziennie. Ustalono dwa terminy odwiedzin. Trzy razy dziennie więźniowie byli wzywani na zbiórkę. Ustawiano ich w szeregu i liczono. Każdego dnia (lub nocą) apele były wydłużane i przeciągały się nawet do kilku godzin.

Co się stało z tymi ludźmi

Obserwowano reakcje więźniów i strażników w sztucznym więzieniu. Wykorzystano nagrania video (zarejestrowano około 12 godzin codziennych zajęć) i nagrania magnetofonowe (nagrano ponad 30 godzin rozmów strażników z więźniami na dziedzińcu więziennym), a także skale ocen i skale różnic indywidualnych.

W zaskakująco krótkim czasie grupa normalnych, zdrowych, amerykańskich studentów przeistoczyła się w strażników więziennych, którzy zdawali się czerpać przyjemność ze znieważania, grożenia, poniżania i traktowania w nieludzki sposób swych rówieśników, którym losowo przydzielono rolę "więźniów". Mimo wyraźnego zakazu stosowania siły fizycznej, często dochodziło do aktów agresji (w szczególności ze strony strażników). Więźniowie - choć mieli całkowitą swobodę wyboru zachowań - stali się bierni i zależni, wystąpiła u nich również depresja, poczucie bezradności oraz obniżenie poczucia własnej wartości. O czym rozmawiali w celach? O sympatiach i zainteresowaniach czy o tym, co będą robić, gdy eksperyment dobiegnie końca? Dane okazały się zaskakujące. Głównym tematem rozmów między więźniami były warunki panujące w więzieniu (aż 90 proc.), czyli jedzenie, kary i przywileje, brutalność strażników itd. Nawet w trakcie prywatnych rozmów więźniowie nie przestawali odgrywać narzuconej im roli. W konsekwencji zaskakująco niewiele wiedzieli o sobie nawzajem, np. o swych przeszłych doświadczeniach lub planach na przyszłość. Oceniając swych towarzyszy, więźniowie w 85 proc. wypowiadali się o nich nieprzychylnie i niepochlebnie, przyjmując wobec nich negatywną postawę, taką jaką mieli strażnicy.

Niepokojąca była łatwość z jaką osoby, u których nie stwierdzono skłonności sadystycznych, zaczęły przejawiać tego typu zachowania oraz częstotliwość, z jaką występowały objawy załamań nerwowych u ludzi, którzy byli wybrani do udziału w eksperymencie ze względu na ich zrównoważenie emocjonalne. Pięciu więźniów zwolnioniono wcześniej z powodu pojawienia się u nich silnych zaburzeń emocjonalnych (napadów płaczu i lęku, wybuchów gniewu i depresji). Patologiczne reakcje pojawiły się już na drugi dzień po rozpoczęciu doświadczenia. Spośród pozostałych więźniów tylko dwóch stwierdziło, że wolą pozostać w więzieniu i nie oddawać pieniędzy, które zarobili podczas eksperymentu w zamian za "warunkowe zwolnienie".

Źle czynią nie tylko źli ludzie

Ze względu na nadspodziewanie silne reakcje osób badanych podjęto decyzję o zakończeniu doświadczenia po sześciu dniach od jego rozpoczęcia i nieprzedłużaniu go o drugi tydzień. Wszyscy więźniowie byli bardzo zadowoleni, gdy ogłoszono wcześniejsze zakończenie eksperymentu. Natomiast wielu strażników wydawało się rozczarowanych taką decyzją. Sprawiali wrażenie, że posiadanie niemal całkowitej kontroli i władzy nad innymi ludźmi daje im dużą satysfakcję. Żaden ze strażników nigdy nie spóźnił się do pracy, kilkakrotnie dobrowolnie zostawali na służbie. Nie uskarżali się na nadgodziny, choć nie otrzymywali za nie zapłaty.

Wyjaśnienie przyczyn tego typu zachowań w prawdziwym zakładzie karnym opierałoby się prawdopodobnie na hipotezie dyspozycyjnej. Brutalnych strażników uznano by za osoby posiadające sadystyczne skłonności i bierno-agresywny typ osobowości, za osoby, które wybrały pracę w więzieniu ze względu na usankcjonowanie zachowań agresywnych. Reakcje więźniów mogłyby być traktowane jako rezultat ich przeszłych doświadczeń jako jednostek gwałtownych i antyspołecznych, psychopatycznych i niezrównoważonych. Patologia tkwiła jednak nie w ludziach, lecz w psychologicznej naturze sytuacji.

Tylko gram rolę

Żadnej z grup nie podano szczegółowych instrukcji dotyczących sposobu odgrywania przydzielonych im ról. W miarę upływu czasu strażnicy coraz częściej używali siły fizycznej, chociaż większość więźniów przestała stawiać opór. Agresja strażników była więc raczej konsekwencją ich wyższej pozycji, podkreślonej ich ubiorem i posiadaniem władzy. Jeden ze strażników (który nie wiedział, że jest obserwowany) we wczesnych godzinach rannych, gdy więźniowie jeszcze spali, przechadzał się po dziedzińcu więziennym, mocno uderzając pałką o dłoń. Inny strażnik przetrzymał niepoprawnego więźnia w karcerze, łamiąc zasady panujące w więzieniu. Następnie próbował ukryć przed eksperymentatorami (których oceniał jako zbyt pobłażliwych) pomysł zatrzymania więźnia w karcerze na całą noc.

Gdy po zakończeniu eksperymentu pytano osoby, które były strażnikami o ich uporczywie poniżające traktowanie aresztantów, przejawiane mimo traumatycznych przeżyć więźniów, większość odpowiadała, że ătylko odgrywali rolęÓ pozbawionego skrupułów strażnika. Żaden nie wątpił w to, że reakcje więźniów były prawdziwe i wiarygodne. Jak stwierdził jeden z nich: "Oni (więźniowie) nie uważali tej sytuacji za eksperyment. To wszystko było dla nich rzeczywiste i dlatego walczyli o zachowanie własnej tożsamości. A my zawsze pokazywaliśmy im wtedy, kto tu rządzi".


Demoralizująca władza

Rola strażnika wiązała się z posiadaniem wysokiej pozycji w więzieniu, poczuciem tożsamości grupowej (identyczne mundury) i możliwością sprawowania niemal całkowitej kontroli nad życiem innych ludzi. Wiele osób w tej grupie podkreślało, że czerpały dużą satysfakcję z posiadanej władzy. "Zachowywanie się w sposób autorytarny może być zabawne. Władza może sprawiać wielką przyjemność" - stwierdził jeden ze strażników. Sprawowanie władzy prowadziło do podniesienia poczucia własnej wartości. Dominacja strażników stopniowo wzrastała w obliczu gróźb lub buntu ze strony więźniów. Najbardziej brutalni z każdej zmiany szybko zaczęli pełnić rolę przywódców danej grupy - wydawali rozkazy i decydowali o wymiarze kar dla więźniów. Brak brutalności i arogancji w zachowaniu strażnika był oznaką jego słabości.

Już po pierwszym dniu eksperymentu niemal wszystkie prawa przysługujące więźniom zostały zdefiniowane przez strażników jako "przywileje", na które więźniowie musieli zasłużyć, posłusznie wykonując polecenia. "Nagrodą" stało się pozwolenie na zjedzenie posiłku, skorzystanie z toalety, odpoczynek, rozmowy, palenie papierosów czy noszenie okularów.

W świecie, w którym ludzie posiadają władzę lub nie, każdy uczy się gardzić własnymi słabościami lub bezradnością innych. Więźniowie także pragną mieć kontrolę nad otoczeniem. Szybko poznają sposoby zdobywania władzy przez donosicielstwo, całkowite podporządkowanie się, wykorzystywanie seksualne innych więźniów lub zakładanie klik.

Co może więzień

Więźniowie z początku odnosili się z niedowierzaniem do całkowitego pogwałcenia ich prywatności. Potem zaczęli się buntować - najpierw używając siły fizycznej, a następnie wykorzystując bardziej wyrafinowane metody, które prowadziły do podziałów i braku zaufania wśród więźniów. Pięć osób próbowało radzić sobie z trudną sytuacją, wykazując oznaki zaburzeń emocjonalnych; był to bierny sposób zwrócenia na siebie uwagi. Inni więźniowie byli całkowicie posłuszni i starali się za wszelką cenę być "dobrymi" aresztantami. Jeden z więźniów stwierdził: "Poniżające traktowanie naprawdę bardzo nas upokorzyło. Dlatego pod koniec eksperymentu wszyscy byliśmy tacy ulegli i posłuszni". Stawali po stronie strażników, przeciwko samotnemu koledze, który w akcie buntu odmawiał spożywania posiłków. Jest prawdopodobne, że niska samoocena więźniów pod koniec doświadczenia była wynikiem ich przekonania, że "zasłużyli" sobie na wrogość.

Kim tu jestem

Poczucie tożsamości jest związane z uznaniem przez innych ludzi naszej wyjątkowości i niepowtarzalności. Kształtuje się na bazie posiadania imienia i nazwiska, indywidualnego wyglądu, ubioru, stylu zachowania oraz całej historii życia. Przebywanie wśród obcych sobie ludzi, którzy nie znają imion i nazwisk towarzyszy (zwracając się do siebie, posługują się numerami identyfikacyjnymi), którzy są identycznie ubrani i nie chcą zwracać na siebie uwagi, bowiem może to pociągnąć nieprzewidywalne konsekwencje - wszystko to doprowadziło do zaburzeń poczucia tożsamości więźniów. Jeden z nich stwierdził: "Wydawało mi się, że tracę poczucie własnej tożsamości, że osoba, która zgłosiła się na ochotnika, aby przebywać w tym więzieniu (ponieważ to zawsze było dla mnie i dalej jest - więzienie, a nie eksperyment), była mi obca, ponieważ w rzeczywistości nie byłem już tą osobą, tylko numerem 416. I to ten numer kierował moim zachowaniem". Wskutek deindywiduacji więźniowie przestają wykazywać inicjatywę i zaczynają tracić wrażliwość emocjonalną oraz zachowują się coraz bardziej ulegle.

Bierny, bo bezradny

Po zakończeniu eksperymentu osoby odgrywające role więźniów wymieniały jako najbardziej negatywne zjawisko w sztucznym więzieniu to, że były zależne od zmiennych i arbitralnych reguł ustalonych przez strażników. Pytanie więźnia mogło równie dobrze wywołać lekceważenie i agresję, jak i sensowną odpowiedź. Brak reakcji na opowiedziany przez strażnika dowcip mógł być równie surowo ukarany jak śmiech. Złamanie zasad panujących w więzieniu przez jednego z więźniów mogło prowadzić do ukarania jego lub jego niewinnych towarzyszy z celi. W miarę jak środowisko stawało się coraz bardziej nieprzewidywalne, więźniowie utracili wszelką inicjatywę. Ich apatia i zobojętnienie były odpowiednikiem zjawiska wyuczonej bezradności, które opisali Seligman i Groves. Tak więc to nie strach przed agresją fizyczną strażników, lecz brak możliwości sprawowania kontroli był Đ w odczuciu więźniów - przyczyną ich bierności i zobojętnienia.

Więźniowie stali się zdani na łaskę lub niełaskę strażników, nawet w przypadku codziennych czynności. Na przykład, aby skorzystać z toalety musieli otrzymać pozwolenie (nie zawsze go udzielano), a następnie zawiązywano im oczy, zakuwano w kajdanki i pod eskortą prowadzono na miejsce. Podobne procedury obowiązywały w przypadku pisania listów, wypicia szklanki wody lub mycia zębów. To uzależnienie wywoływało u więźniów regresję.

Ubranie więźniów przypominało sukienki lub nocne koszule i sprawiało, że wyglądali w nim śmiesznie. Strażnicy o niskim wzroście zmuszali wysokich i silnych aresztantów do błazeńskiego i uległego zachowania. Nakłaniano więźniów, aby ubliżali sobie wzajemnie podczas apeli. Jeden ze strażników stwierdził: "Byłem zmęczony widokiem więźniów ubranych w łachmany, których przykry zapach wypełniał więzienne cele. Obserwowałem, jak szarpią się wzajemnie, ponieważ taki wydaliśmy im rozkaz". Te wszystkie metody miały doprowadzić do zmniejszenia poczucia męskości u aresztantów. Chociaż więźniowie zwykle przewyższali liczebnie grupę strażników (podczas zbiórek było ich dzie-więciu i trzech strażników), nigdy nie spróbowali ich pokonać siłą. Już po zakończeniu eksperymentu więźniowie wyrazili przekonanie, że głównym kryterium doboru osób do dwóch grup była budowa ciała. Uważali, że strażnicy przewyższali ich wzrostem i wagą, podczas gdy w rzeczywistości nie było istotnych różnic między osobami wybranymi do obu ról.

Krótko po zakończeniu eksperymentu miały miejsce masowe zabójstwa w SanQuentin i Attice. Ujawniły one konieczność pilnych reform w więziennictwie, które przywróciłyby godność więźniom i strażnikom, skazanym na jeden z najściślejszych, a zarazem potencjalnie śmiertelnych, kontaktów znanych człowiekowi.

Tłum. Natalia Toczkowska

Pełny tekst artykułu "Dynamika relacji interpersonalnych w warunkach symulowanego więzienia" ukaże się w książce "Konteksty ludzkich zachowań" pod redakcją naukową dr. Jerzego Siuty. Przygotowuje ją do druku Wydawnictwo UJ.

Sprawiedliwość bez państwa

Temida nie jest ślepa

Stawiajmy szubienice i mnóżmy więzienia, a żyć będziemy w bezpiecznym kraju. Tak brzmi recepta prawicy na walkę z przestępczością. Kwestię źródeł przemocy tłumaczy się w tym środowisku upadkiem tradycyjnych wartości i nieśmiałością policji. Czy więc jedyną cechą wyróżniającą złodzieja ze społeczeństwa jest to, że kradnie? 2 mln więźniów w USA plus kara śmierci oraz milion więźniów w Rosji plus tortury (1) - nie odstraszyły jak dotąd przestępców, ale nasi dzielni reformatorzy prawa nie tracą ducha. Pomysły polityków spod znaku Prawa i Pięści wspiera swoim autorytetem rzecznik praw obywatelskich dr Janusz Kochanowski, który wypowiada się z entuzjazmem o budowie nowych więzień, najlepiej prywatnych, zachwala też politykę "zero tolerancji" na wzór tej wdrożonej w Nowym Jorku (2).

Lewica też nie grzeszy nadmiarem oryginalności. Zwykle licytuje się z prawicą w sprawie dofinansowania policji i rozszerzenia jej uprawnień. Zdarza się czasem polityk, który chce uchodzić za obrońcę praw człowieka. Dzieli wtedy propozycje prawne Jarosława Kaczyńskiego przez dwa i otrzymuje humanitarny program walki ze złem. Inny polityk stara się być wrażliwy społecznie, więc wspomina czasem o związkach bezrobocia ze wzrostem przestępczości, lecz na tym już poprzestaje.

Istnieją fakty związane z przestępczością, które niby wszyscy znają, ale mało kto wyciąga z nich praktyczne wnioski. Można je pogrupować w następującym porządku.

Po pierwsze, państwowe sądownictwo lekceważy prawa ofiary przestępstwa. Popełniony czyn przeradza się w konflikt zamknięty w trójkącie: przestępca - prokurator - sędzia. Głos ofiary przestępstwa i jej bliskich dotyczący oczekiwanego zadośćuczynienia nie ma mocy wiążącej dla żadnej ze stron. Państwo anektuje konflikt i przestępstwo, jednocześnie zabierając je osobom zaangażowanym. Jeżeli ktoś wybija innej osobie zęby, to jest tak, jak gdyby wybijał zęby organizacji państwowej.

Po drugie, społeczeństwo finansuje więzienną edukację. Pobyt w więzieniu oznacza podnoszenie swych kryminalnych kwalifikacji połączone z zanikiem umiejętności życia bez stosowania przemocy. Czym innym może być długotrwałe przebywanie w społeczności ludzi nawzajem utwierdzających się w przekonaniu, że agresja i oszustwo stanowią jedyny sposób osiągnięcia czegoś w życiu? Im mniej kontaktów z ludźmi z zewnątrz, tym wyraźniejsze osłabienie czynników, które zniechęcają do recydywy: więzi rodzinnych, przyjaźni, możliwości znalezienia pracy i mieszkania, a także szacunku w swym środowisku. Ponieważ nie można więzić wszystkich w nieskończoność, po zwolnieniu przenoszą oni kryminalny system wartości i przyzwyczajeń do społeczeństwa.

Po trzecie, państwowy wymiar sprawiedliwości inaczej ocenia przestępstwa osób dysponujących władzą, inaczej przestępstwa przeciwko władzy. Powszechne łamanie praw pracowniczych przez pracodawców jest traktowane niezwykle łagodnie w przepisach i praktycznie nieścigane. Na podobną wyrozumiałość nie mogą już liczyć przestępcy z nizin społecznych. Policjant winny nadużycia siły w stosunku do zwykłego obywatela może być pewien pobłażliwości sądu. Co innego obywatel, który podniósł rękę na mundurowego. Liczba i rodzaj ludzi zapełniających więzienia zależy bowiem od przyjętej w państwie ideologii, potrzeb gospodarki i konieczności tuszowania niskiej wykrywalności przestępstw (3). Katalog przestępstw cały czas się powiększa i często zależy od decyzji politycznej panującej władzy, a uznanie, że czyn stanowi przestępstwo, jest przyjętą konwencją i umową.

Po czwarte, biedy i frustracji wywołanej społecznym wykluczeniem nie da się zamknąć za kratami. To zresztą ulubiona metoda politycznych nieudaczników, którym brak pomysłu na rozwiązanie społecznych i gospodarczych problemów. System karny zostaje wykorzystany jako alternatywa systemu opieki społecznej. Do więzień trafia nadwyżka siły roboczej. Więcej krat i pałek oznacza zwykle mniej chleba i pracy. Jedno jest pewne: więcej wyroków więzienia świadczy o bezsilności państwa, które nie potrafi zapewnić swym obywatelom bezpieczeństwa.

Co ciekawe, przedstawiona wyżej krytyka polityki karnej rozwija się w środowisku praktyków prawa, ludzi pracujących z ofiarami przestępstw lub więźniami, a także sędziów. Są w tym gronie ludzie tak różni jak: anarchizujący kryminolodzy (Nils Christie) i księża (Jim Consedine), obok szefa więziennictwa w Kazachstanie (Piotr Posmakow) i osób z Polskiego Centrum Mediacji oraz Polskiego Stowarzyszenia Edukacji Prawnej z Moniką Płatek na czele. Wiele ich dzieli, ale wspólne im jest przekonanie, iż kontynuowanie obecnej strategii prawnej i sądowej zakończy się katastrofą społeczną na niespotykaną skalę. Wszyscy są też zwolennikami sprawiedliwości naprawczej, która od 1989 r. zmienia oblicze prawa w Nowej Zelandii, a w ograniczonym stopniu również w Kanadzie i w Australii. Celem jest stopniowa ewolucja w kierunku stworzenia takiego prawa, które przede wszystkim rozwiązywałoby konflikty, zaś kara i represja byłyby stosowane tylko w przypadku najcięższych przestępstw. To sposób myślenia o prawie stary jak świat, a na pewno starszy od instytucji państwa. Jego podstawę stanowi przekonanie o potrzebie naprawienia wyrządzonego zła, choć często nie poprzestaje się na tym, układając dla przestępcy listę dodatkowych zobowiązań.

Monopol państwa przełamany

Sednem rewolucji w sądownictwie Nowej Zelandii jest przeniesienie uprawnień władczych z państwa na Grupowe Konferencje Rodzinne - GKR. W konferencjach uczestniczą: sprawca, członkowie rodzin pokrzywdzonego i sprawcy, przyjaciele oraz inni, na których przestępstwo wywarło wpływ. Pokrzywdzony uczestniczy, w zależności od swej woli, osobiście lub za pośrednictwem przedstawiciela. Sędziego zastępuje koordynator-mediator.

Ofierze przestępstwa zostaje przywrócona należna rola w procesie. Może teraz w pełni wyrazić swoje uczucia i wpływać na wymiar kary oraz formę i zakres rekompensaty. Wynik procesu jest bardziej adekwatny do skutków przestępstwa i charakteru sprawcy. Opisana procedura pomaga w uświadomieniu przestępcy jego odpowiedzialności za cierpienie, poczucie bezsilności, braku bezpieczeństwa i poniżenia ofiary. Dzięki udziałowi w konferencji bliskich obydwu stron, wstyd przenoszony jest z osoby poszkodowanej na sprawcę. Ważnym momentem są przeprosiny, chociaż nie zawsze zostają przyjęte, i prośba o przebaczenie. Nie wprowadzono sztywnego taryfikatora kar, grzywien, godzin pracy czy innych zadań za określone przestępstwa. Oczywiście zaczyna się od naprawienia tego, co można naprawić. Wyroki są silnie zindywidualizowane, adekwatnie do sytuacji materialnej i rodzinnej sprawcy lub ofiary. Jeżeli sprawca zrealizuje wszystkie zobowiązania wobec poszkodowanego, wyrok skazujący nie zostaje odnotowany w kartotece kryminalnej.

Wprowadzenie sprawiedliwości naprawczej w Nowej Zelandii zaczęto od nieletnich i młodocianych, po tym jak ogłoszono raport o skutkach kary więzienia obserwowanych w kraju. Miarą sukcesu sprawiedliwości naprawczej jest fakt, że na Grupowych Konferencjach Rodzinnych (GKR) osiągnięto porozumienie w 90% przypadków. Sprawcy niektórych poważnych przestępstw są aresztowani. Następnie, po sformułowaniu oskarżenia, w ciągu czternastu dni zostaje zwołana GKR. 95% młodych ludzi przyjmuje wtedy odpowiedzialność za swe czyny.

Sprawy rozpatrywane przez GKR kończą się znacznie szybciej i kosztują budżet kraju mniej niż rozprawy przed zwykłym sądem. W związku z tym jest więcej środków na dodatkową pomoc dla ofiar przestępstw. Obecnie tylko 2% młodocianych przestępców zostaje skazanych na kary pozbawienia wolności. Osoby winne najcięższych zbrodni (morderstwa, gwałty, czyny pedofilskie) stanowią zbyt wielkie zagrożenie dla otoczenia, muszą więc trafiać do więzień.

W Kanadzie wprowadzono natomiast Koła Orzekające dla rozpatrywania przestępstw popełnionych przez Indian w okręgach: Saskatchewan, Ontario, Yukon, Kolumbii Brytyjskiej i Manitobie. Ich celem jest przywrócenie harmonii społecznej zakłóconej przestępstwem. Oskarżeni są tam sądzeni przez ludzi, którzy dobrze znają sprawcę i ofiarę. Sędziowie żyją potem z następstwami swoich wyroków. Stwierdzono osiem-dziesięcioprocentowy spadek recydywy wśród indiańskich oskarżonych, którymi zajmowały się w duchu sprawiedliwości naprawczej Koła Orzekające, a nie sądy państwowe. Coraz częściej mówi się o włączeniu sprawiedliwości naprawczej do sądów dla reszty mieszkańców Kanady.

Powszechnie uznaje się, że społeczeństwo oczekuje surowszych sankcji karnych niż są skłonni orzekać sędziowie w sądach państwowych. Dowiedziono jednak, że ofiary przestępstw i ich krewni, którym udzielono wszechstronnej pomocy materialnej, medycznej i psychologicznej, mają mniejszą potrzebę odwetu (4). Z kolei dobrze przeprowadzona mediacja zwiększa prawdopodobieństwo, że przestępca spłaci wszystkie zobowiązania wobec osoby poszkodowanej.

Niepaństwowe sądy ludowe funkcjonują już w RPA, południowym Meksyku, górskich rejonach Gruzji i w wielu innych miejscach. Upodabnia je do siebie dążenie do pokojowego rozstrzygania konfliktów, różni odmienne pojmowanie norm porządku i prawa.

Kwestia wyboru

Sprawiedliwość naprawcza zmusza nas do przemyślenia następującej kwestii: czy cierpienie ofiary może stać się mniej dojmujące dzięki temu, że sprawca trafi do więzienia, czy też dzięki temu, że będzie coś robił na rzecz ofiary przez dni, miesiące lub lata? Żadna z praktykowanych wcześniej procedur państwowych nie kładła podobnego nacisku na interes pokrzywdzonego oraz naprawę emocjonalnych i materialnych szkód. Opisane wyżej przypadki oznaczają powstawanie pluralizmu prawnego. Sprawiedliwość wypracowana przez ludzi mniej więcej sobie równych zostaje przeciwstawiona sprawiedliwości powiązanej z piramidą władzy. Cały system prawny staje się bardziej elastyczny i podatny na zmiany. Jak zawsze istnieje ryzyko, że pojawią się nadużycia. Ale przynajmniej dowiemy się, która metoda radzenia sobie z przemocą w społeczeństwie jest bardziej odpowiednia.

Właściwie trudno wyobrazić sobie lepszą alternatywę dla prawicowej wizji prawa karnego. Samorządność prawna bliska jest anarchizmowi, lecz wydaje się możliwe przyjęcie jej zasad przez część ugrupowań lewicowych, feministycznych, a co najistotniejsze, przeciętnych obywateli, dla których jest ona zrozumiała. Cennej wskazówki udzielił nam Nils Christie, pisząc: "mechanizmy rozwiązywania konfliktów poprzez swoją organizację będą odzwierciedlały pożądany typ społeczeństwa i pomogą w jego urzeczywistnieniu" (5).

Pamiętajmy o tym, kiedy usłyszymy od jakiegoś polityka o zaletach odstraszania przestępców za pomocą zamordyzmu prawnego i wyposażenia policji w nowe uprawnienia.

Geneza sprawiedliwości niepaństwowej

Był czas, kiedy państwo nie miało monopolu na stanowienie prawa, a ludzie z tego nie byli powodu nadmiernie nieszczęśliwi. Funkcjonowały obok siebie co najmniej trzy tradycje prawne. Prawo zwyczajowe, oparte w dużym stopniu na sztuce mediacji między stronami konfliktu oraz zabiegach ekspiacyjnych. Prawo różnych społeczności - sekt, zakonów, grup zawodowych, bractw, gildii - których członkowie dobrowolnie zaprzysięgali przestrzeganie określonych norm i reguł. Wreszcie istniało prawo państwowe, którego treść i zakres zależne były od mocy i ambicji władcy i w małym stopniu odpowiadały potrzebom poddanych. Wraz z ewolucją władzy państwowej stopniowo ograniczano uprawnienia ludzi do samodzielnego rozstrzygania konfliktów. Tak potoczyła się historia prawa w Europie Środkowo-Wschodniej. Wymóg stosowania zemsty za śmierć czy inną krzywdę współrodowca jeszcze przed nastaniem ingerencji państwowej zastępowano możliwością ugody. Początkowo państwo respektowało ten alternatywny wymiar sprawiedliwości. Po raz pierwszy zapisano to w latach dwudziestych XIII w. w "zwodzie" niemieckiego prawa ziemskiego (6). Odstąpienie od stosowania odwetu przez ród lub państwo nie oznaczało, że winny nie poniesie żadnej odpowiedzialności za swój uczynek. Jeśli obie strony doszły do porozumienia, zawierano umowę kompozytową (pojednawczą), w której określano wymiar stosownego zadośćuczynienia. Wyroki uzupełniano elementami prawa zwyczajowego: nakazem postawienia krzyża pojednania (dziś nazywanego "pokutnymi") lub odbycia pielgrzymki do wyznaczonej miejscowości. Dowodem pobytu w wyznaczonym miejscu mogła być jakaś pamiątka lub potwierdzony notarialnie dokument. W dokumentach Rady Miasta Złotoryi zapisano, że w roku 1494 po uzgodnieniu wspólnej wersji przez nieumyślnych zabójców oraz rodzinę ofiary rada wydała postanowienie "w przyjaźni, nie na gruncie prawa". Nieudana mediacja między stronami mogła doprowadzić do rozpatrzenia sprawy na gruncie prawa miejskiego, co mogło się zakończyć nawet wyrokiem śmierci dla pozwanych. Analogiczne zapisy odnotowujemy na terenach Rzeszy Niemieckiej, Czech, Moraw, Śląska i na Pomorzu. Istnieją też zapisy wyroków pojednawczych, w których przestępcę zobowiązano do wystawienia poczęstunku dla biednych w miejscu, gdzie popełnił przestępstwo. Dodatkowym obciążeniem mógł być obowiązek opłacenia biednym wizyty w łaźni miejskiej. W umowach kompozytowych sprawą pierwszorzędną było zadośćuczynienie materialne i moralne osobie pokrzywdzonej. Zabójcy nakazywano opiekę finansową nad wdową i jej dziećmi aż do osiągnięcia przez nie pełnej samodzielności. Dzięki temu zabójca zyskiwał przebaczenie. Niekiedy rodzina domagała się dodatkowych manifestacji pokory sprawcy. W 1509 r. w Rasdorf obnażony do pasa zabójca musiał leżeć krzyżem na świeżej mogile zabitego. W innej umowie zapisano, że zabójca włoży ręce do grobu bądź będzie trzymał nieboszczyka za dłonie i jego bezpośrednio prosił o przebaczenie. Umowy pojednawcze zostały zakazane w 1532 r., kiedy to cesarz niemiecki Karol V wprowadził nowy kodeks karny, tzw. Constitutio Criminalis Carolina, na mocy którego zabójca stawał przed sądem orzekającym surowszą karę. Zwyczaj nieformalnego sądzenia i zawierania ugody był jednak tak zakorzeniony, że przetrwał jeszcze do XVII w., zanim państwo zaanektowało resztę przestrzeni społecznej.

Z kolei w Rzeczpospolitej Szlacheckiej od XVI w. istniała instytucja jednacza (7). Była to osoba, która cieszyła się zaufaniem i autorytetem wśród najbliższej społeczności. Instytucja ta została powołana z powodu niewydolności sądów państwowych zarówno pod względem długości oczekiwania na rozstrzygnięcie swojej sprawy, jak i możliwości wyegzekwowania zapadłych postanowień. O jednaczu można przeczytać głównie w zapisach pamiętnikarskich, które pokazują, że była to forma bardziej zbliżona do arbitrażu niż do mediacji. Poddanie się wyrokowi jednacza było wzmocnione jego autorytetem i powiązaniami, jakie istniały między członkami najbliższej społeczności. Podobne instytucje funkcjonowały w tym samym czasie w większości miast, będąc uzupełnieniem sądów grodzkich. Sądownictwo polubowne zostało zlikwidowane dekretami władz zaborczych w pierwszych dekadach XIX w.

Zasadność istnienia prawa państwowego już w średniowieczu kwestionowały niektóre kacerskie ruchy religijne: piętnastowieczni taboryci i bracia czescy (8). Bojkot prawa państwowego deklarowali także wyznawcy powstałego w końcu XIX w. odłamu rosyjskiej sekty duchoborców. Byli to wspierani finansowo przez Lwa Tołstoja swobodnicy.

Państwowy system prawa karnego wspierany metafizyczną filozofią i tezami o ułomności natury ludzkiej zakwestionowali w XIX w. anarchiści. Jednym z fundamentów myśli anarchistycznej stało się od tej pory przekonanie, że prawo karne jest przede wszystkim narzędziem czysto politycznym, za pomocą którego utrzymuje się w posłuchu i represjonuje społeczeństwo. Według Proudhona miejsce praw miały zająć umowy między zainteresowanymi, a sędziów zastąpić mieli arbitrzy (9). Bakunin początkowo opowiadał się za wybieraniem sędziów w głosowaniu powszechnym. W późniejszym czasie pisał, że "w społeczeństwie ugruntowanym na równości i solidarności, na wolności i poszanowaniu człowieka autorytet opinii publicznej zastąpi sądownictwo" (10). Ten autorytet miał mieć większą siłę oddziaływania niż kodeksy, klawisze i kaci. Dla Kropotkina wychowanie moralne i praktyka pomocy społecznej były bardziej skuteczne niż represje. Pisał, że więzienia tylko deprawują, a surowość kar nie zmniejsza liczby przestępstw. Kropotkin cenił jednak prawo zwyczajowe (które miało się na krótko odrodzić w Hiszpanii w anarchistycznych kolektywach rolnych w latach 1936-1937). Również Errico Malatesta był przekonany, że liczba przestępców ulega zmianie nie tyle pod wpływem środków karnych, ile pod wpływem warunków ekonomicznych i stanu opinii publicznej (11). Zwyczaje i tradycje cenił wyżej niż kodeksy karne. Konflikty miały być rozwiązywane z pomocą dobrowolnie wybieranych sędziów polubownych. Podobną wizję przekształcenia wymiaru sprawiedliwości prezentowali podczas drugiej wojny światowej polscy anarchosyndykaliści: "Wymiar sprawiedliwości przechodzić będzie stopniowo do organów praworządności rewolucyjnej - od trybunałów chłopsko-robotniczych do sądów stowarzyszeniowo-zawodowych powiązanych z pochodzącymi z wyboru karnymi sądami ludowymi" (12).

Anarchochrześcijanin Lew Tołstoj pod koniec życia toczył dysputy z prawnikami. Na podstawie swojej znajomości rosyjskich więzień przełomu XIX i XX w. doszedł do wniosku, że większość osadzonych trafiło tam za czyny popełnione w okolicznościach wyjątkowych, jak uniesienie, zazdrość, upojenie, karano ich więc za takie czyny, jakie prawie na pewno popełniliby ci, którzy ich sądzili i karali, gdyby znaleźli się w tych samych warunkach. Znaczny procent więźniów mieli też stanowić ludzie, którzy moralnie przewyższają resztę społeczeństwa (sekciarze, przestępcy polityczni, skazani za strajki oraz inne formy buntu). Wśród osadzonych miało nie brakować ludzi, wobec których społeczeństwo było o wiele bardziej winne niż oni wobec społeczeństwa. Zaliczył do tej kategorii ludzi opuszczonych, doprowadzonych do ostateczności nędznymi warunkami życia, ogłupionych uciskiem i pokusami. Uznał, że przestępcy działający w majestacie prawa jako pierwsi powinni być pozbawieni wolności

Na peryferiach nowoczesnego świata przetrwały jednak do dnia dzisiejszego enklawy niepaństwowego wymiaru sprawiedliwości. Zaliczyć do nich należy sądy ludowe sprawowane przez mediatorów w położonych na terytorium Gruzji regionach Górna Swanetia, Chewsuretia, Pszawetia oraz w Czeczenii. Obowiązujące tam prawo zwyczajowe (adatw Czeczenii i adati w Gruzji) cieszy się wśród ludności większym autorytetem niż kodeksy państwowe. Sędziowie są wybierani przez mieszkańców podczas lokalnych uroczystości lub wyznaczani przez starszyznę. Prowadzenie mediacji nie jest wynagradzane pieniężnie. Znajomość norm prawa zwyczajowego jest tam wspólna wszystkim członkom społeczności, stanowi bowiem integralną część procesu wychowania młodzieży. Sądy ludowe w Swanetii starają się prowadzić negocjacje i zapobiegać krwawym zemstom, proponując zadośćuczynienie, pogodzenie stron, ewentualnie wykluczenie przestępcy ze społeczności połączone z konfiskatą majątku na rzecz poszkodowanego i banicją sprawcy. Bywa jednak, że obie strony konfliktu nie chcą kierować sprawy do sądu ludowego i wendeta trwa kilkadziesiąt lat. Należy też pamiętać, że struktury oparte na tradycji czasami traktują kobiety i młodzież jako mniej ważną część społeczności i nie przywiązują wagi do ich zdania podczas dyskusji. Mediatorami mogą być zresztą wyłącznie mężczyźni, którzy ukończyli sześćdziesiąt lat. Szczególnie drastyczne przypadki nierównego traktowania mają miejsce w orzecznictwie sądów ludowych w Wąwozie Pankiskim, na pograniczu gruzińsko-czeczeńskim zamieszkanym głównie przez Kistynów (14). Odnotowano w tym regionie przypadki decyzji sądu ludowego (mechk cheli) o wydaniu kobiety za mąż wbrew jej woli. Wszystko odbywało się w ramach godzenia zwaśnionych rodów, chociaż zwykle wystarcza odszkodowanie. Państwo gruzińskie toleruje działalność niepaństwowych sądów i nie próbuje kwestionować ich orzeczeń.

Odmienny charakter mają sądy na terytorium opanowanym przez zapatystowską partyzantkę w stanie Chiapas w południowym Meksyku, gdzie normy prawne również określane są przez członków lokalnej społeczności, jednak widoczne są tam starania o równe traktowanie kobiet i mężczyzn. Zapatyści domagają się uznania przez państwo meksykańskie tradycyjnych praktyk sądowych wśród Indian (samorządność prawna wedle obyczajów i tradycji) oraz wycofania policji z terenów zajmowanych przez autonomiczne wspólnoty. To reakcja na dyskryminujące praktyki ze strony państwowych sądów i organów ścigania.

Nie bez znaczenia dla zrozumienia przyczyn rozwoju alternatywnych form wymiaru sprawiedliwości jest fakt, że struktury państwowe nie są w stanie zapewnić wszystkim obywatelom jednakowego bezpieczeństwa i sprawiedliwego procesu. Tam, gdzie sytuacja staje się krytyczna lub istnieją silne tradycje tworzenia samorządnych struktur pozapaństwowych, powstają też warunki pozwalające na rozbudowę nieformalnego wymiaru sprawiedliwości. Z opisaną sytuacją mają do czynienia mieszkańcy slumsów w Republice Południowej Afryki. Istnieje tam wiele organizacji zapewniających bezpieczeństwo i rozwiązywanie konfliktów: od komitetów ulicznych stowarzyszonych z Narodowo-Obywatelską Organizacją Południowej Afryki (SANCO), aż do prywatnych struktur oraz organizacji, w których łączy się porządek państwowy z niepaństwowym (15). Każda z tych struktur działa niezależnie, ponieważ państwo faktycznie wycofało się z obowiązku zapewnienia bezpieczeństwa na ulicach biednych dzielnic i miast. Biedni sami musieli znaleźć sposób na zapewnienie porządku i sprawiedliwości. Niepaństwowa sprawiedliwość jest obecna przede wszystkim w niezamożnych dzielnicach Port Elisabeth, Johannesburga i Kapsztadu, a także w okręgach Gugulethu, Khayelitsha, Crossroad, Nyagna i Phillipi. Jednym z nowych miast, w którym można dostrzec wielość struktur porządku prawnego, jest Khayelitsha, licząca ponad 500 tys. mieszkańców, z których zdecydowana większość jest obecnie bezrobotna. Nazwa Khayelitscha oznacza "nowy dom". Miasto powstało w końcowym okresie apartheidu jako jedno z gett dla czarnej ludności, oddalone o 20 km od przeznaczonych wyłącznie dla białych obywateli przedmieść Kapsztadu. Sytuacja polityczna uległa zmianie, ale segregacja ekonomiczna utrzymuje się w dalszym ciągu. Największy autorytet wśród mieszkańców ma obecnie utworzone w 1995 r. Forum Bezpieczeństwa Lokalnego Khayelitsha (KCPF). Wszyscy członkowie organizacji są wolontariuszami, kierujący pracą w dzielnicach komitet wykonawczy wybierany jest przez ogół mieszkańców. Do biura forum można przyjść z praktycznie każdym rodzajem problemów. W niektórych przypadkach klient dostaje radę, w innych - fachową poradę prawną, czasami członek komitetu działa jako mediator, a nawet jako sędzia w sporze. Procedura rozstrzygania sporów jest bardzo luźna i czasami, zamiast wzywać stronę pozwaną, członek dzielnicowego komitetu udaje się do jej domu, aby przedyskutować problem. Ogólnie rzecz biorąc, rozwiązywanie sporów polega na zebraniu wszystkich stron, wysłuchaniu ich i zaproponowaniu rozwiązania. Sprawy dotyczące zabójstw i gwałtów odsyłane są do policji państwowej, a sprawy drobnych konfliktów sąsiedzkich są przekazywane komitetom ulicznym. Forum monitoruje jednak postępy w śledztwie prowadzonym przez policję i zdarza się, że w imieniu poszkodowanych żąda odwołania osoby kierującej dochodzeniem (zwykle skutecznie); tworzy także straże sąsiedzkie i zajmuje się zapobieganiem przestępstwom. Komitet uliczny oznacza z kolei organizację obywatelską tworzoną przez grupę ludzi, którzy żyją w bliskim sąsiedztwie. Komitety uliczne powstały jeszcze w czasach apartheidu i stanowiły bazę terenową oporu przeciwko porządkowi państwowemu, a do roku 1994 samodzielnie rozstrzygały wszystkie sprawy karne.

Dzisiaj komitety ograniczają swoje sądownictwo do spraw najprostszych, do sporów w rodzinach i między sąsiadami. Dla wielu osób z komitetów procedura jest mało istotna, często stosują uznaniowość, rozstrzygnięcie sporu zależy od gotowości, z jaką strona jest skłonna nie tylko poddać się arbitrażowi, ale także zaakceptować rozstrzygnięcie. Oprócz wspomnianych organizacji mieszkańcy mogą się zwrócić do Komitetów Pokoju, których celem jest pojednanie stron. To jedyna struktura niepaństwowa, która stosuje ujednolicone procedury sądowe. Od roku 1996 działalność w mieście prowadzą także: Kongres Tradycyjnych Przywódców Południowej Afryki - "Contralesa", który zamierza stosować wiejskie mechanizmy utrzymywania porządku społecznego na obszarach miejskich, oraz Agencja Przeciw Przestępczości na Półwyspie, utworzona przez byłych partyzantów. Ta ostatnia struktura jest pewną formą prywatnego sądu i agencji ochroniarskiej dla osób ubogich. Agencja różni się od innych organizacji tym, że zajmuje się sprawami napadów z bronią i morderstw, pobiera opłaty za swoje usługi, jest też, niestety, oskarżana o liczne nadużycia siły. Należy podkreślić, że istnieje wolność wyboru, do której struktury udać się po ratunek. Ludzie mogą się zwrócić do Forum lub do Agencji, a nawet do odległego sądu państwowego, kierując się tym, która z instytucji wyda im się najodpowiedniejsza w danej sprawie.

Samoorganizacja prawna mieszkańców slumsów w RPA stała się zjawiskiem masowym w rezultacie kryzysu instytucji państwa, ale nie znaczy to, że nowoczesne państwo wyposażone w sprawnie działające sądy, prokuraturę i policję rzeczywiście spełnia pokładane w nim nadzieje. Zdaje się temu przeczyć praktyka pobłażliwości dla przestępstw popełnianych przez osoby zajmujące wysokie szczeble drabiny społecznej, zapełnianie więzień biedotą, ograniczanie praw obywatelskich w imię obrony przed terroryzmem oraz towarzyszący im od kilku dziesięcioleci opór ze strony radykalnych ruchów wolnościowych, anarchistycznych, lewicowych, organizacji obrony praw człowieka, a nawet części środowiska prawniczego w USA, Kanadzie, Europie i wielu innych miejscach na świecie.

Rafał Górski

Przypisy

1) Zob. N. Christie, P. Posmakow, Więzienie?, Warszawa 2002, s. 17-22.

2) Prywatne więzienia - warto rozważyć, [wywiad z dr. J. Kochanowskim], rozmawiała A. Łukaszewicz, "Rzeczpospolita" 2.11.2005,

3) Nils Christie przy omawianiu zmian liczby więźniów w Polsce w latach 1945-2002 stawia tezę, że wskaźniki uwięzienia nie są wcale wyznacznikiem poziomu przestępczości, lecz odbiciem decyzji politycznych. W roku 1950 więźniów było 90 tys., po odwilży październikowej w 1957 r. tylko 35 rys., w 1985 r. ponad 100 tys., w roku 1989 około 40 tys., a w 2002 r. znowu ponad 80 tys. (plus 25 tys. oczekujących na wykonanie kary więzienia), zob. N. Christie, Dogodna ilość przestępstw, Warszawa 2004, s. 68-70.

4) Zob. M. Wright, Przywracając szacunek sprawiedliwości, Warszawa 2005, s. 145.

5) N. Christie, O apastnosti swierchkriminalizacji, http://www.prison.org/.

6) Zob. A. Kuczyński, Krzyże pokutne jako pomnik średniowiecznego prawa, "Ochrona Zabytków" 1972, nr 4, s. 9-18.

7) Zob. Z. Gloger, Encyklopedia staropolska, t. 2, Warszawa 1974, s. 295.

8) Zob. K. Kautsky, Poprzednicy współczesnego socjalizmu, Warszawa 1949.

9) Zob. M. Waldenberg, Prekursorzy Nowej Lewicy. Studia z myśli społecznej XIX i XX wieku, Kraków-Wrocław 1985, s. 32-33.

10) H. Temkinowa, Bakunin i antynomie wolności, Warszawa 1964, s. 155-156.

11) Zob. E. Malatesra, Anarchia, Koszalin 1998, s. 23-24.

12) [B.a.], Wczoraj a dziś. Walka o wyzwolenie człowieka (Wydawnictwo Walki Ludu), Warszawa 1940, s. II.

13) Zob. L. Falandysz, Ja i moje prawo, Warszawa 1991, s. 105-107.

14) Kistyńcy są potomkami Czeczenów oraz Inguszy, którzy w XIX w. postanowili osiedlić się w Gruzji.

15) Zob. B. Tshehla, Sprawiedliwość niepaństwowa w Republice Południowej Afryki epoki po apartheidzie - badania okręgu Khayelitsha, "African Sociological Review" 2002, nr 2.

Fragment książki "Bez państwa. Demokracja uczestnicząca w działaniu". Książke można nabyć w dystrybucji Oficyny "Trojka".

Przegięcie pały

15 lat temu rozwiązano Milicję Obywatelską i Służbę Bezpieczeństwa. Nowe służby miały zajmować się wyłącznie walką z przestępczością.

ZBROJNE RAMIĘ KAPITAŁU

Niestety, okazało się, że przestępcami są robotnicy broniący swoich zakładów pracy. Przestępcami są organizatorzy pokojowych demonstracji alterglobalistycznych, wespół z uczestnikami akcji na rzecz budowy ścieżek rowerowych i pikiet antywojennych. To, że przestępcami są również górnicy z biedaszybów, skłotersi, którzy remontują i zasiedlają opuszczone domy oraz rolnicy, którzy ujawniają transporty skażonego zboża - stało się wykładnią przyjętej w Trzeciej Rzeczypospolitej filozofii państwa prawa.

Może w takim razie, przynajmniej sukcesy policji w zapewnianiu obywatelom poczucia bezpieczeństwa stały się rodzajem rekompensaty? Chyba niespecjalnie, ponieważ systematycznie spada liczba zgłaszanych (chociaż popełnianych) przestępstw. Czyżby kryzys

zaufania i niewiara w skuteczność stróżów prawa? Przecież tak dobrze sobie radzą z rozpędzaniem robotników, rolników i niesfornych ekologów! Cóż, kiedy znacznie gorzej idzie im z pozostałymi przestępcami. Ci zaś, stanowczo zbyt często mylą się policjantom z innymi obywatelami. Parę osób poszło już do piachu z powodu omyłkowego użycia służbowej broni. Zbyt wiele jest podatności na oferty korupcyjne od mafii i polityków. Zbyt mało jest natomiast poczucia odpowiedzialności wobec zwykłego człowieka, który prosi o pomoc. Brak dobrej reputacji nadrabia się Wtedy przybieraniem groźnej postawy, wyjmowaniem broni, groźbami i nakazami. Inna sprawa, że pracuje w policji wielu porządnych ludzi, którym tylko bezwład biurokracji i zły system służby, uniemożliwiają sensowną działalność.

Winą za obecny stan rzeczy nie należy więc obarczać wyłącznie samych funkcjonariuszy. To sprawa systemu, nie personaliów.

WIĘCEJ BICIA I STRZELANIA

Wiadomo, jakie są pomysły na reformę policji. Przerażeni mieszkańcy blokowisk wołają "O więcej uprawnień do stosowania siły przez policję. Terror policji ma zostać przeciwstawiony terrorowi szalikowców. Wtórują im politycy spod znaku Prawa i Pięści, którzy wolą nie myśleć o społecznej genezie tych zjawisk. Przemoc może się przenieść z ulic do wnętrz domów, ale i na to ma być sposób. Wizyty dzielnicowego i nagrody pieniężne za doniesienie o przestępstwie. Wszyscy będą zachwyceni. Oczywiście, do czasu aż policja skatuje lokatorów, kiedy zaprotestują przeciw sprzedaży ich osiedla biznesmenowi lub przeciw budowie stacji benzynowej pod ich oknami. W ten sposób powrócimy do punktu wyjścia. Odrodzi się państwo policyjne.

WIĘCEJ PRYWATY

Kolejną propozycją jest prywatyzacja sfery bezpieczeństwa. Skutki takiej polityki są łatwe do przewidzenia. Firmy ochroniarskie już dzisiaj są wynajmowane do bicia strajkujących robotników i trzymania ludzi biednych z daleka od ludzi bogatych zamieszkujących luksusowe osiedla. Krótko mówiąc: bezpieczeństwo zarezerwowane dla VIP-ów.

ALTERNATYWA DLA POLICJI

Pozostaje opcja trzecia. Uznanie, że pomysł powierzenia policji państwowej zadania ochrony ładu i porządku był od samego początku chybiony. Potrzebne są raczej formacje niezależne

od wpływu polityków i samej instytucji państwa. Mniej skłonne do recydywy ZOMO i bardziej zdeterminowane do ścigania kryminalistów. Powinny też stanowić integralną część społeczności, której mają służyć. Proponuję określić je terminami: straż obywatelska i policja lokalna.

SAMI SOBIE

Straż obywatelska może działać na zasadach zbliżonych do dzisiejszej Ochotniczej Straży Pożarnej. Powoływana będzie spośród ochotników zamieszkałych na danej ulicy, osiedlu czy dzielnicy. Może pełnić służbę patrolową lub reagować, kiedy dzieje się coś złego w okolicy. Straż obywatelska sprawdziła się nadzwyczajnie w Powstaniu Warszawskim latem 1944. Działała tam jako Milicja PPS dystansując policję powstańczą. Milicjanci wybierani byli przez mieszkańców kilku najbliższych domów. Prowadzili wywiad kryminalny, strzegli mienia, interweniowali w drobniejszych sprawach i patrolowali okolicę. Ludzie darzyli ich większym zaufaniem niż policjantów. Był to bowiem rodzaj samoobrony mieszkańców.

Straże obywatelskie zaczęto ponownie powoływać w Polsce w latach 2002 - 2004 (na osiedlu Huby we Wrocławiu, w Prochowicach i w Jedlinie Zdroju), lecz od razu ograniczono ich kompetencje do pełnienia funkcji pomocniczych względem policji. Szkoda, iż nie zdecydowano się na odwrócenie tej hierarchii zależności. Obecny podział ról grozi bowiem upodobnieniem tej formacji do niesławnego ORMO.

Po co nam w ogóle samoobrona mieszkańców? Doceni straż obywatelską ten, kto rozumie zaletę wczesnej interwencji. Wielu ciężkich przestępstw można uniknąć przełamując obojętność wobec sąsiadów. Brak reakcji oznacza przyzwolenie na stosowanie przemocy i współudział w wyhodowaniu psychopaty. Nie jest tajemnicą, że w rodzinach izolowanych od reszty społeczności, łatwiej jest dopuszczać się nadużyć wobec dzieci czy współmałżonków.

Z drugiej jednak strony, obciążenie ochotników obowiązkiem codziennej dyspozycyjności było naturalne w czasie wojny, natomiast dzisiaj potrzebna jest dodatkowa formacja.

CHWDP NIE WYSTARCZY

Policję państwową można w pełni zastąpić - również zawodową - lecz w istocie lokalną policją. Norweski kryminolog Thomas Mathiesen ostrzega jednak przed zwykłym dodawaniem policji lokalnej do jej państwowego odpowiednika. Policjant zakotwiczony na zewnątrz społeczności nie będzie wrażliwy na jej problemy. W ten sposób akcja „bliżej obywatela” przeistoczyć się może w system szpiegostwa, czyniąc społeczeństwo podobnym do nowej edycji big brothera. Policja lokalna musi zatem odpowiadać trzem podstawowym kryteriom.

Po pierwsze, przestaje istnieć zależność służbowa pomiędzy policją miejscową a policją państwową. Postulowana formacja posiada strukturę poziomą, swego rodzaju sieć współpracy równorzędnych jednostek. Brak nadrzędnej komendy. W razie większych problemów powoływany jest wspólny sztab kryzysowy i nic więcej.

Po drugie, rewiry pracy poszczególnych jednostek policji obejmują niewielkie obszary. W sam. raz dla pieszych patroli. Policjanci mogą więc poznać ludzi i reagować adekwatnie do skali zagrożeń. Policjanci z pieszych patroli są też mniej skłonni do nieuzasadnionego stosowania przemocy.

Po trzecie, policjant pracuje w tym samym rejonie, w którym mieszka. Tym sposobem człowiek ten osobiście doświadcza rezultatów swej pracy. Współczesny policjant jest silny potęgą machiny państwowej. Policjant lokalny jest silny własnymi umiejętnościami i po- parciem okolicznej ludności.

Podobne zadania spełnia lensman, czyli ktoś w rodzaju szeryfa, w położonych na dalekiej prowincji wioskach w Norwegii. Jego praca polega na ściganiu sprawców przestępstw i polubownym załatwianiu problemów, bez pisania protokołów i angażowania w to instytucji państwa. Wydaje państwu wy- łącznie sprawców najcięższych przestępstw, z którymi nie mogą sobie poradzić miejscowi.

PIECHOTĄ BLIŻEJ DO PRZESTĘPCY

Wzajemne reakcje funkcjonariuszy i obywateli podczas interwencji policyjnych w Chicago badał David Bayley z Uniwersytetu Stanu Nowy Jork w Albany.

Okazało się, że mieszkańcy dzielnicy Kenwood - Hyde Park za najlepszych uznali tych policjantów, którzy mieli stały przydział do pieszych patroli. Policjanci potrafili bowiem lepiej ocenić kto jest realnym zagrożeniem dla mieszkańców, traktowali też ludzi z większą dozą zaufania i mniejszą obawą niż policjanci, którzy przyjeżdżali tylko na wezwania telefoniczne. Gdy policjanci wysiadali z radiowozu byli zwykle wystraszeni, zaczepiali ludzi na podstawie błędnych przesłanek. Stwierdzono, że u samych policjantów w konsekwencji pojawia się .mentalność oblężonego". Nie mają innych relacji z obywatelami, oprócz tych podczas interwencji. Stają się cyniczni lub zaczynają wierzyć, że są samotnymi wojownikami broniącymi ładu i porządku. W rezultacie coraz częściej stosują zastraszenia, groźby i prze- moc wobec przypadkowych osób.

Zawiodła również sama strategia szybkiej reakcji "policji na telefon". W połowie lat siedemdziesiątych dwudziestego wieku przeprowadzono eksperyment badający efektywność policji w Kansas City. Wyniki były zaskakujące. Błyskawiczna reakcja wezwanej telefonicznie policji dawała efekt w postaci zatrzymania zaledwie 3 procent sprawców najpoważniejszych przestępstw. Przyczyną było zachowanie większości świadków i ofiar przestępstw. Często ludzie ci byli w stanie szoku i wykręcali numer 997 dopiero po upływie 20 a nawet 40 mi- nut. Wiadomo, że około połowy poważnych przestępstw nie jest w ogóle zgłaszanych. Stwierdzono, iż nawet natychmiastowe wezwanie policji tuż po przestępstwie zwiększa ilość zatrzymanych sprawców tylko do 7 procent. Podobne wyniki uzyskano podczas badań w innych miastach (na podstawie: Georg L. Kelling, Catherine M. Coles, Wybite szyby, Media Rodzina 2000). Policjanci, którzy oglądają świat zza szyby radiowozu mogą być przydatni w pościgach za sprawcami napadów na banki, ale nie chronią zbyt dobrze zwykłych ludzi.

KWESTIA KASY I PAŃSTWA

Należy jeszcze odpowiedzieć, skąd uzyskać środki na opisane wyżej struktury. Możliwe są mniej lub bardziej anarchistyczne rozstrzygnięcia. Powiedzmy, że likwidacji ulega Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji. Fundusze przeznaczane dotychczas na działalność ministerstwa i policji, przestają podlegać centralnemu sterowaniu, chociaż zostają zachowane. Pieniądze z budżetu państwa dzielone są od tej pory proporcjonalnie do liczby mieszkańców danej miejscowości i gminy, a następnie kierowane na potrzeby policji lokalnej. W opcji anarchistycznej przestaje istnieć budżet państwa i wszelkie jego agendy. Policja lokalna i pozostałe służby finansowane są z budżetu lokalnego, czyli podatków i opłat uchwalonych w głosowaniu powszechnym przez mieszkańców autonomicznej gminy czy regionu. Zamiast podatków lokalnych może obowiązywać składka członkowska. Mieszkaniec danej gminy nabywa praw i przywilejów obywatelskich wraz z uiszczeniem składki na działalność samorządu. Każde miasto i gmina sta- je się swego rodzaju stowarzyszeniem. Ten, kto nie chce płacić składki, płaci za korzystanie z infrastruktury gminy (np. drogi) i usług służb publicznych (policja, straż pożarna, pogotowie, sądy, żłobki, szkoły, itd.). Prawdopodobnie, możliwe są również inne rozwiązania. Wyboru dokonają sami mieszkańcy.

Reasumując: złotym środkiem okaże się prawdopodobnie współistnienie policji lokalnej ze strażą obywatelską, angażowaną w razie potrzeby. Uzupełnieniem tej struktury powinna być niewielka grupa interwencyjna operująca w granicach miasta lub gminy: Będzie stanowić dodatkowe zabezpieczenie praw ofiar przestępstwa. To na wypadek, gdyby społeczność lokalna i jej służby okazały się nietolerancyjne dla przejawów inności lub obojętne na określone rodzaje przestępstw. Grupa będzie wchodzić do akcji na wezwanie poszkodowane- go czy świadka, jeśli zawiodą: straż obywatelska i policja lokalna.

W przeciwieństwie do policji państwowej, oddalonej od obywateli specjalnymi uprawnieniami i lojalnością wobec centrali, proponowane służby porządkowe mogą być dowolnie modyfikowane stosownie do bieżącej sytuacji, a użycie ich przeciw społeczeństwu w celu rozpędzania demonstracji czy rozbicia strajku jest praktycznie niewykonalne.

Rafał Górski "Mać Pariadka" #1/2005 (90)

Lokalizator kamer

Lokalizator kamer to mapa, na której publikujemy dane dotyczące umiejscowienia różnej maści sprzętu elektronicznego służącego do inwigilacji. Wychodzimy z założenia, że każdy obywatel ma prawo wiedzieć kiedy i gdzie jest szpiegowany przez ludzi, którzy roszczą sobie prawo do kontroli nad nim. Na coraz szerszą obecność kamer w przestrzeni miejskiej odpowiadamy zatem próbą stworzenia bazy danych, która umożliwi zdemaskowanie każdego, nawet najbardziej ukrytego oka wielkiego brata.

Jak stworzyć mapkę dla swojego regionu? Po kolei:

Jeżeli istnieje już mapa twojego miasta.
Kontaktujesz się z administratorem mapy, a on ustawia twoje konto Google jako współtwórcę (collaborate). Teraz możesz ją dowolnie edytować i dodawać nowe lokalizacje kamer. Jeżeli jesteś administratorem mapki danego miasta, i z jakiś przyczyn chcesz zrezygnowac z tej funkcji, napisz wcześniej do nas.

Jeżeli mapa twojego miasta jeszcze nie istnieje.
Rejestrujesz się na Google, co pozwoli ci na utworzenie własnej mapy. Odszukujesz miasto wojewódzkie, które umownie będzie centrum danego regionu - ustawiasz mapkę, żeby się się włączała dokładnie w tym danym mieście. Klikasz "my maps" ==> klikasz "create new" ==> ustawiasz na "unlisted" ==> klikamy "collaborate" i dodajesz innych twórców. Otrzymujesz piękną mapkę na którą można wszystko dodać. Klikasz „edytuj” i zaznaczasz lokalizację kamery. Do oznaczenia miejsca warto dodać dokładniejszy opis (w którą stronę jest skierowana itp.), najlepiej link do zdjęcia kamery. Link do mapki wyślij na maila "redakcji", my zamieścimy ją na stronie.

WARSZAWA kontakt: chiapas@wp.pl

Pokaż Warszawa -lokalizator kamer na większej mapie

KRAKÓW kontakt: wieloryp@poczta.fm

Pokaż kraków na większej mapie

GORZÓW WLKP kontakt: kranix@poczta.onet.pl

View Gorzów Wielkopolski in a larger map

Prosimy o przesyłanie filmów, artykułów i innych materiałów dotyczących polityki antynarkotykowej na bezpozorow@riseup.net.



Produkcja: Kanada
Rok produkcji: 1999
Czas trwania: 77 minuty
Język: Polski lektor

Kanadyjski film dokumentalny, który wyjaśnia dlaczego marihuana jest nielegalna, jakie naprawdę grożą nam konsekwencje zdrowotne, czy prohibicjadziała i co by się stało po opodatkowaniu jej.

Film jest porządnie zrobiony, obowiązkowa pozycja dla każdego, kto
chciałby mieć parędziesiąt argumentów prolegalizacyjnych w zanadrzu i
zajrzeć na drugą stronę lustra.

Alterkino.org
Wolnekonopie.pl
Spliff.pl
Trawka.org
Haszysz.com

http://www.youtube.com/GazetaKonopnaS...

Polityka narkotykowa. Przewodnik krytyki politycznej

Leczyć czy karać? – zwykle do tego pytania sprowadza się w Polsce dyskusja o narkomanii. Najczęściej pada odpowiedź: karać i przymusowo leczyć.

Doświadczenia wielu krajów pokazują jednak, że kryminalizacja problemu narkomanii wcale go nie rozwiązuje. Kryminalizacja nie zmniejsza znacząco liczby uzależnień, zwiększa zaś ich koszty społeczne: marginalizację, przestępczość, wykluczenie i degenerację, wreszcie śmiertelność wśród narkomanów. Dużo lepsze efekty przynosi zasada redukcji szkód wywiedziona z idei praw człowieka, świadczą o tym liczne przykłady.

W książce Polityka narkotykowa. Przewodnik Krytyki Politycznej próbujemy odpowiedzieć na najważniejsze pytania: czy uzależnienia to problem czysto medyczny, czy raczej kryminalny i społeczny, jakie formy pomocy i terapii są najbardziej skuteczne, co fenomen narkomanii mówi nam o społeczeństwie? O tym złożonym zjawisku piszą socjologowie i reporterzy, lekarze i publicyści, terapeuci i sami uzależnieni. Obok krótkiej historii narkomanii w Polsce czytelnik znajdzie tu m. in. przegląd metod i instrumentów polityki antynarkotykowej stosowanych w Europie, diagnozę czarnego rynku w naszym kraju, analizę obowiązujących regulacji prawnych i krytyczny zarys klasowych uwarunkowań problemu. Przedstawiamy też konkretne propozycje działań dla polskich polityków i terapeutów.

AUTORZY

dr Monika Abucewicz, Marek Balicki, Jacek Charmast, prof. Kazimierz Frieske, dr Małgorzata Jacyno, dr Mateusz Klinowski, dr Adam Leszczyński, Kasia Malinowska-Sempruch, Wojciech Orliński, Tomasz Piątek, dr Monika Płatek, Piotr Pytlakowski, Jan Smoleński, Paweł Smoleński, dr Justyna Sobeyko

DANE KSIĄŻKI

Tytuł: Polityka narkotykowa. Przewodnik Krytyki Politycznej
Tekst: Opracowanie zbiorowe
Projekt okładki: Twożywo
Makieta: Twożywo / rzeczyobrazkowe.pl
ISBN 978-83-61006-60-2
Okładka: miękka
Format: 118 x 165 mm
Liczba stronic: 256
Seria: Przewodniki Krytyki Politycznej, t. 7
Wydawca: Wydawnictwo Krytyki Politycznej
Miejsce i data wydania: Warszawa 2009
Cena: 24,90 zł